Vientiane

2 miesiące temu

Dzień pełen wrażeń w stolicy Laosu.

156 0

Z Birmy do Laosu lecimy na dwa etapy: z przesiadką w Bangkoku, bo brak jest lotów bezpośrednich. Warto mieć parę godzin zapasu przy planowaniu takiej trasy, bo cała procedura odprawy na lotnisku w Tajlandii może trwać i ze dwie godziny ze względu na ogromne kolejki i rzesze podróżujących (mowa tu o 2019 roku, jeszcze czasach przedcovidowych).

gdzieś nad Tajlandią

Laos wciśnięty jest pomiędzy Tajlandię na zachodzie i Wietnam na wschodzie, od południa graniczy z Kambodżą, od północy z Birmą i Chinami. Do wjazdu na teren kraju potrzebna jest wiza, ale tutaj na szczęście procedury są maksymalnie uproszczone, kupuje się ją po prostu na lotnisku w cenie około 35 USD. Obowiązująca waluta to laotański kip w przeliczniku 10000 LAK = 3,90 PLN.

W Vientiane lądujemy po godzinie 21, formalności na lotnisku i załatwienie wizy on arrival idą ekspresowo. Wielce ukontentowani tym faktem łapiemy taksówkę i każemy się zawieźć do naszej dzisiejszej mety – hostelu o dumnej nazwie Bolo Backpackers Resort. Rezerwacja z booking.com, śniadanie w cenie, Przemek mówił, że miejscówka ma na stronie bardzo dobre opinie. Podróżując po Azji zawsze wybieramy prywatny pokój z własną łazienką – dla minimalnego komfortu. Toteż wkrótce naszym oczom ukazuje się to:

Bolo Backpackers Resort w pełnej krasie :)

Strach dotknąć nawet umywalki, co by ta jedna zardzewiała śruba co ją trzyma nie odpadła :P. Dodatkowo nasza prywatna łazienka dzieli ścianę z „publicznymi” sanitariatami. W tejże ścianie u góry wybite są, nazwijmy to, wywietrzniki, przez które idealnie słychać czy ktoś obok właśnie sika, pierdzi czy robi kupę :). Jest już po 22 więc solennie sobie przyrzekamy, że na jutro poszukamy czegoś lepszego. Ale kiedy nadchodzi jutro to ostatecznie stwierdzamy, że i tak nas cały dzień przecież nie będzie, a jeszcze jedną noc się jakoś przemęczymy. No i hej, w końcu takie przypały się potem najlepiej wspomina :). Czy to był najbardziej obskurny pokój w którym zdarzyło nam się nocować? Myślę, że mógłby zawalczyć o pierwsze miejsce z miejscówką w Seward na Alasce, ale tam wzięliśmy też opcję ekonomiczną, bez łazienki :)

To jest nasza pierwsza wizyta w Laosie i kiedy wychodzimy rano na ulice stolicy to momentalnie jestem zachwycona. Natykamy się bowiem praktycznie od razu na… kocią kawiarnięLe Cattitude Cafe :). Nie udało mi się odwiedzić kociej kawiarni w Katowicach kiedy jeszcze działała, a tutaj proszę – na drugim końcu świata jest wreszcie okazja. Warunkiem możliwości pomiziania kotełków jest zamówienie czegoś do jedzenia i picia lub kupno biletu w cenie 20000 LAK (~8 PLN). Są typowe desery, śniadania i dania lanczowe. Ponieważ niespecjalnie się najedliśmy naszym sadzonym jajkiem zaserwowanym w ramach śniadania w resorcie Bolo :P, to zamawiamy sobie po kanapeczce. Bardzo pyszna. Jest kameralnie, jesteśmy w tej chwili jedynymi klientami. Kotki są zrelaksowane i zadowolone, łażą po stołach, no jak w domu :). Miziamy kota bengalskiego w piękne lamparcie cętki, maine coony i rudego szkockiego folda z zadziornie wywiniętymi uszkami.

Kocia kawiarnia, Vientiane, Laos
Kocia kawiarnia, Vientiane, Laos
Kocia kawiarnia, Vientiane, Laos
Kocia kawiarnia, Vientiane, Laos
Kocia kawiarnia, Vientiane, Laos
Kocia kawiarnia, Vientiane, Laos
Kocia kawiarnia, Vientiane, Laos
Kocia kawiarnia, Vientiane, Laos

Vientiane jako miasto sprawia bardzo przyjemne wrażenie: dużo knajpek i kawiarni, szerokie ulice, ładne budynki. No widać tutaj te pozostałości po francuskim kolonializmie. I wszędzie można dostać bagiety :).

Vientiane, Laos
Vientiane, Laos
Vientiane, Laos

Samo miasto nie jest specjalnie bogate w atrakcje czy miejsca, które koniecznie-trzeba-zobaczyć, zatem po kototerapii kierujemy się do Central Bus Station, skąd łapiemy autobus numer 14. Naszym celem jest wizyta w Buddha Park (Wat Xieng Khouane Luang), atrakcji oddalonej 25 km od miasta. Autobus jedzie około 45 minut i zatrzymuje się przed samym parkiem. Bilet wstępu kosztuje 15000 LAK (~6 PLN). Znajdziemy tutaj ponad dwieście rzeźb przedstawiających ludzi, bogów, demony i zwierzęta, wszystko zrodzone w umyśle szalonego mnicha – szamana Luang Pu Bunleua Sulilata. Posągi wydają się być bardzo stare, ale pochodzą z lat 60. ubiegłego wieku. Jest przedziwnie, bardzo surrealistycznie.

Buddha Park, Vientiane, Laos
Buddha Park, Vientiane, Laos
Buddha Park, Vientiane, Laos
Buddha Park, Vientiane, Laos
Buddha Park, Vientiane, Laos
Buddha Park, Vientiane, Laos

Najbardziej rzuca się w oczy pomnik 40-metrowego leżącego Buddy. Ciekawe jest to, że po drugiej stronie Mekongu, w Nong Khai w Tajlandii, znajduje się drugi Buddha Park, zbudowany przez tego samego człowieka. Mnich uciekł z Laosu po rewolucji w 1975 roku obawiając się reperkusji ze strony komunistycznej partii Pathet Lao. Oba parki w linii prostej dzieli kilka kilometrów i podobno z tajskiej strony można dostrzec najwyższe budowle laotańskiego parku.

Buddha Park, Vientiane, Laos
Buddha Park, Vientiane, Laos
Buddha Park, Vientiane, Laos
Buddha Park, Vientiane, Laos

Drugą rzucającą się w oczy budowlą jest coś, co przypomina wielką dynię. Składa się ona z trzech poziomów, które reprezentują piekło, ziemię oraz niebo. Można sobie wejść do piekła przez paszczę demona i wyjść nad niebem, skąd rozciąga się piękny widok na cały park.

Buddha Park, Vientiane, Laos

Różne opinie czytaliśmy w necie o Buddha Parku przed przyjazdem, osobiście uważam, że było warto. Czegoś takiego w życiu jeszcze nie widziałam. Powiedzieć, że miejsce jest dziwne to jak nic nie powiedzieć :). Polecam obejrzeć krótki film z naszego pobytu w Vientiane, który zamieszczam na dole wpisu, spora część poświęcona jest właśnie spacerowi po Buddha Parku.

Do miasta wracamy późnym popołudniem. Akurat jest to pora kiedy laotańskie nastolatki kończą szkołę, ulice są pełne młodych ludzi w mundurkach, idących w grupkach, czekających na autobus. Jedna dziewczyna siedzi na murku i czyta książkę. Przepiękny widok. Ja się zawsze wstydzę pytać ludzi czy mogę im zrobić zdjęcie, czego później oczywiście żałuję :). Ale ten obrazek sobie zapamiętałam.

Udaje nam się jeszcze dotrzeć przed zmierzchem pod Patuxai – Bramę Zwycięstwa. Jest to pomnik wzniesiony w latach 1957 – 1968, który ma upamiętniać walczących w obronie uzyskania niepodległości od Francji. Budowla przypomina trochę paryski Łuk Triumfalny, ale zdobienia są już typowo laotańskie. Niestety nie udaje nam się wejść do środka – jesteśmy zbyt późno.

Patuxai – Brama Zwycięstwa, Vientiane, Laos

Obok Patuxai jest jeszcze jeden przedziwny monument z czterema słoniami. Co w nim dziwnego zapytacie?

Słoniowy pomnik, Vientiane, Laos

Ano to, że jest wykonany w całości z porcelanowych talerzyków, filiżanek i miseczek. Jak się doszperałam – jest to dar od Chińczyków.

porcelanowy monument, Vientiane, Laos
porcelanowy monument, Vientiane, Laos
porcelanowy monument, Vientiane, Laos

Już po zachodzie słońca docieramy na bulwary nad Mekongiem. Jest dużo knajpek, są dmuchańce dla dzieciaków i świetlne iluminacje, przy których mieszkańcy robią sobie zdjęcie. Jest też targowisko z dziesiątkami budek z ciuchami, zabawkami i innymi dobrami. Można sobie wziąć piwko i wypić na schodach nad Mekongiem, zupełnie jak w Warszawie. Bardzo przyjemnie.

Bulwary nad Mekongiem, Vientiane
Bulwary nad Mekongiem, Vientiane

Fajny był to dzień, dużo nieoczekiwanych wrażeń. Dzisiaj czeka nas jeszcze jedna upojna noc w resorcie Bolo :), a jutro jedziemy dalej do miejscowości Vang Vieng.

Zapraszam na krótki film podsumowujący:

Post jest częścią relacji Azja 2019.

PS. Jeśli nie chcesz przegapić moich następnych wpisów, zasubskrybuj bloga, o tutaj. Każdy mój nowy artykuł trafi także do Twojej skrzynki. Nie spamuję :)