Rangun (Yangon)

6 miesięcy temu

Pierwsze spotkanie z Birmą.

201 0

Do dawnej stolicy Birmy docieramy w końcu po bardzo długiej podróży. Najpierw samochodem ze Śląska do Warszawy, potem lotem z Warszawy do Dohy, jedenastogodzinnym oczekiwaniu z przygodami na kolejny lot, następnie lotem do Bangkoku, kolejnym oczekiwaniu na lotnisku i wreszcie lotem do Yangonu.

Wymiętoleni po długiej podróży wsiadamy wreszcie do shuttle busa YBS Yangon na trasie czerwonej, który wiezie nas z lotniska do centrum miasta. Kosztuje nas to w 2019 roku 1000 kiatów, niecałe 3 zł. Kierowca ma koło siebie skrzyneczkę do której wrzuca się kasę, więc dobrze mieć odliczone drobne – mogą nie wydać reszty :).

Polska forma nazwy miasta to Rangon i jest spolszczeniem angielskiego Rangoon, który upowszechnił się po zajęciu Birmy przez Brytyjczyków. Junta wojskowa w 1989 roku zmieniła oficjalną nazwę z powrotem na Yangon, która to została nadana w 1755 roku i jest bliższa birmańskiej wymowie. Rangun jest największym miastem Birmy i do 2006 roku była to stolica państwa.

Podobny dualizm obowiązuje dla nazwy państwa. Burma była nazwą oficjalną brytyjskiej kolonii, natomiast sam naród mówił o sobie MyanmaKraj Silnych Jeźdźców. Obecnie w języku polskim używa się określenia Birma ale też Myanmar, Mjanma lub Mianma. Ja się będę trzymać Birmy :). Jest to kraj z trudną historią, który dopiero niedawno wkroczył na ścieżkę demokracji i otworzył się na świat. Birma nie jest jeszcze tak bardzo zalana przez turystów jak chociażby Wietnam, czy Tajlandia, ale to się powoli zmienia. Poruszając się po mieście trzeba zachować ostrożność i patrzeć pod nogi, bo wszędzie pełno dziur, wykrotów, brakujących płyt chodnikowych i sterczących drutów. Poza centrum trzeba uważać na hordy bezpańskich psów. Niestety jedno takie spotkanie skończyło się dla nas przymusową wizytą na ostrym dyżurze :).

Do wjazdu do Birmy potrzeba jest wiza, którą można sobie na szczęście załatwić online. Koszt to 50 USD, stosowny dokument przyślą potem mailem, trzeba wydrukować i pokazać na lotnisku. Wiza jest ważna przez 90 dni od czasu wydania. Na lotnisku w Yangonie kupiliśmy sobie też od razu starter z 3GB danych na internet. Przydaje się do nawigacji oraz do aplikacji Grab, która działa tutaj i w Laosie jak Uber. Obowiązująca waluta to kiat mjanmański MMK w przeliczniku 1000 MMK to 2,80 PLN.

Przykładowe ceny z lokalnej restauracji w Baganie w 2019 roku:

  • kawa: 1000 MMK (2,80 PLN)
  • cola: 800 MMK (2,24 PLN)
  • soki owocowe: 1500 – 2000 MMK (4,21 – 5,60 PLN)
  • sałatki: 1000 – 1500 MMK (2,80 – 4,21 PLN)
  • smażone makarony, smażony ryż: 2000 MMK (5,60 PLN)
  • zupy: 2000 MMK (5,60 PLN)
  • curry, kurczak: 5000 MMK (14 PLN)
  • smażona ryba: 6000 MMK (17 PLN)

W Rangunie zostajemy na jedną noc. Nocujemy w hotelu Zara, wybrałam pokój z oknem i własną łazienką (to jest minimalny standard, którego staram się trzymać). Po wtaszczeniu bagażów okazuje się, że nie ma wody, a widok z okna jest na ścianę w zaułku. Widzę w dole szczury wielkości małych króliczków, ah te birmańskie standardy. Po trzecim przypomnieniu z kolei: tak, ciągle nie mamy wody, gość w końcu odnalazł właściwy zawór i można było z siebie zmyć lepkość podróży.

Na ulicach niespodzianka: brak motorków, tuk tuków i skuterków, które są tak bardzo popularne w krajach Azji Południowo-Wschodniej. Wszędzie widać tylko normalne samochody. W Birmie dominującą religią jest buddyzm, ale nie przeszkadza to w ogromie bożonarodzeniowych dekoracji: gwiazdeczki, renifery z saniami i ogromna choinka w centrum handlowym. Tej galerii nie powstydziłoby się zresztą żadne europejskie państwo: mnóstwo kawiarni i sklepów z Pradą i Luis Vuitton na czele. Na tle przystrojonej choinki młode dziewczęta strzelają sobie fotki i selfiaczki – to prawie jak u nas. O tym, że znajdujemy się jednak w innej kulturze świadczą tylko regularne odgłosy “charania”, które wydobywają się z gardeł przechodniów. Azjaci lubią sobie tak chwacko pociągnąć nosem, głośno odkaszlnąć i splunąć flegmą na chodnik. Pierwsza knajpa do której wchodzimy na obiad wita nas językiem polskim – krajanie siedzą przy sąsiednim stoliku.

Naszym celem dzisiaj jest świątynia Szwedagon, uważana powszechnie za jedno z najświętszych miejsc Birmy. Na teren kompleksu wchodzi się boso, kamienna posadzka jest wieczorem przyjemnie ciepła po całym dniu nagrzewania w słońcu. Droga prowadzi przez bazar, gdzie można kupić chyba wszystko: od ciuchów i chińskich pamiątek po zabawki czołgających się żołnierzy, które ochoczo są prezentowane przechodniom.

wejście do Szwedagon
wejście do Szwedagon

Szwedagon to w tłumaczeniu Złota Pagoda z Dagon i chociaż w nazwie występuje słowo pagoda to budowla jest typową stupą czyli stożkowatą budowlą. Buddyjskie stupy symbolizują oświecony stan Buddy.

DSC_0112.jpg
Szwedagon
DSC_0118.jpg
Szwedagon

Szacuje się, że świątynia liczy sobie 2500 lat, mierzy prawie 100 metrów i pokryta jest wieloma warstwami złota. Podobno jej wnętrze przechowuje włosy Buddy Gotamy oraz liczne kosztowności. Całkowita waga żółtego kruszcu dochodzi tutaj podobno do 9 ton.

Przy podstawie stupy znajdują się cztery wejścia do tuneli wiodących do jej wnętrza. Co ciekawe – nie wiadomo co się w nich znajduje. Legendy mówią o latających ostrzach atakujących intruzów – tutaj na myśl przychodzi mi Indiana Jones. Inne teorie snują domysły o podziemnych korytarzach prowadzących do Baganu lub Tajlandii.

DSC_0079.jpg
Szwedagon
DSC_0070.jpg
Szwedagon
DSC_0096.jpg
Szwedagon
DSC_0115.jpg
Szwedagon
DSC_0134.jpg
Szwedagon

Jest tutaj zdecydowanie więcej lokalsów niż turystów. Ludzie przychodzą się pomodlić: palą świece i kadzidła, szepczą, mantrują, odprawiają swoje obrzędy. Chociaż nie brakuje też mnichów strzelających sobie selfiaczki na tle złotego stożka :). Co jakiś czas można się też natknąć na chodzący rządek pań, które rytmicznie “zamiatają” posadzkę trzymanymi w rękach miotłami. Nie mam pojęcia o co tutaj chodzi i czy cokolwiek można takim ruchem wysprzątać :).

DSC_0093.jpg
Szwedagon

Atmosfera tego miejsca robi na mnie kolosalne wrażenie. Bywałam już wcześniej w świątyniach Buddyjskich, ale nigdy wcześniej nie odczuwałam tak bardzo wyjątkowości danego miejsca. Nie wiem nawet jak to do końca określić: to takie uczucie spokoju i wyciszenia, a jednocześnie coś jakby nie z tego świata. Niestety jet lag i zmęczenie też robią swoje :). Po obejściu stupy i wszystkich kapliczek dookoła, przysiadamy na chwilę. Obserwuję ludzi, wsłuchuję się w śpiewy i modlitwy, a oczy same mi się zamykają i głowa leci do przodu. Szkoda bardzo, że nie byliśmy w lepszej dyspozycji, bo to jest jedno z takich miejsc, w których można by odpłynąć myślami i wprowadzić się w jakiś stan medytacji.

DSC_0130.jpg
Szwedagon
DSC_0127.jpg
Szwedagon
DSC_0123.jpg
Szwedagon
DSC_0116.jpg
Szwedagon
DSC_0113.jpg
Szwedagon
DSC_0103.jpg
Szwedagon
DSC_0087.jpg
Szwedagon

Wieczorem wracamy do naszego pokoiku na piętrze. Szczurów po ciemku nie mogę już dojrzeć :). Jutro czeka nas długa droga do Baganu, kolejnego must see w Birmie.

Post jest częścią relacji Azja 2019.

PS. Jeśli nie chcesz przegapić moich następnych wpisów, zasubskrybuj bloga, o tutaj. Każdy mój nowy artykuł trafi także do Twojej skrzynki. Nie spamuję :)