A u mnie dalej jedna kreska

12 miesięcy temu

Dzisiaj nie będzie słodkich filcowych zwierzątek, ani pięknych widoków z drugiego końca świata. Dzisiaj będzie na poważnie: o mojej niepłodności, procedurze in vitro i całym tym emocjonalnym bagnie, które nieodłącznie wiąże się z walką o uzyskanie ciąży.

3003 4

Ten post powstał w ramach autoterapii. Wywlekłam tutaj na wierzch wszystkie swoje traumy, wkurwy i przemyślenia. Jeśli jesteś na początku drogi walki z niepłodnością, to zapraszam do uważnego wczytania się w tekst, bo być może nauczysz się czegoś na moich błędach. Jeśli trafiłeś tu przypadkiem, to też zachęcam do lektury, bo w Twoim otoczeniu z dużą dozą prawdopodobieństwa znajduje się ktoś z podobnymi problemami.

Ten artykuł powstawał kilka tygodni. Musiałam robić sobie przerwy, bo emocje momentami brały górę i nie byłam w stanie nic sensownego napisać przez kolejne parę dni.

Aktualnie jestem w trakcie trzeciej procedury in vitro. Dwie poprzednie zakończyły się porażką.

Syty głodnego nie zrozumie

Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że problem niepłodności dotyczy ponad 10% kobiet na całym świecie. W Polsce problem z naturalnym poczęciem dziecka ma do 12% par w wieku rozrodczym.

Nigdy nie myślałam o sobie, jak o człowieku z jakąś “skazą”. Uważałam się zawsze za okaz zdrowia (grypę miałam raz w życiu – 23 lata temu) i żyłam ostatnie 10 lat w błogim przeświadczeniu, że jak będę gotowa na rozmnożenie, to to się po prostu wydarzy, a jak wydarzy się wcześniej – to będę gotowa. I tyle. Nie odczuwałam żadnej presji, nikt też na mnie nie naciskał i do tego miałam szczęście do braku głupich pytań w stylu: A wy kiedy? Komfortowa sytuacja rodzinna, stabilna praca, warunki idealne. Ale lata mijały, nic się nie zadziało i w końcu przyszedł ten moment, w którym trzeba było skonfrontować się z rzeczywistością.

Przed pierwszą procedurą in vitro wydawało mi się, że ohoho, jestem taka silna, podejdę do tematu na luzie i zdam ten egzamin na piątkę, jak zawsze. Oblałam. Morze łez, emocjonalny dół, brzydkie myśli. Nikt, kto tego nie przeżył, nie zrozumie. Brutalna prawda jest taka, że praktycznie cały ciężar in vitro spoczywa na kobiecie i zupełnie nie przewidziałam z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Zastrzyki w brzuch to jest nic. To jest mega trudne emocjonalnie doświadczenie. Ja do tej pory nie miewałam żadnych huśtawek nastroju, nigdy nawet porządnego PMSu. Tymczasem w trakcie procedur in vitro byłam jak Dr Jekyll i Mr Hyde, góra i dół. Mały trigger i łzy lecą mi ciurkiem po polikach. A nikt mnie, cholera, wcześniej nie ostrzegł, że tak będzie. Z tego miejsca chciałabym zaapelować o niedawanie osobom zmagającym się z problemem niepłodności złotych rad. Nie chcę słyszeć nic o boskim planie, ani że tak widocznie miało być. Piszę o tym więcej w dalszej części tekstu.

Nie ma zdrowych, są tylko niezdiagnozowani

Powiem Ci tak. Trudno znaleźć dobrą opiekunkę do dziecka. Ale jeszcze trudniej znaleźć dobre dziecko.

Ja bym ten cytat sparafrazowała – trudno znaleźć dobrego lekarza. Przez “dobrego” rozumiem takiego, który patrzy na człowieka w szerszym ujęciu, a nie tylko przez wąski pryzmat swojej specjalności, nie traktuje pacjenta jak towar jadący na taśmociągu, który trzeba szybko ściągnąć i zapakować do jednego z setek takich samych pudełek.

Przez te prawie dziesięć lat do uzyskania poprawnej diagnozy nie żyłam pod kamieniem: mam na koncie wizyty u kilku ginekologów i cały stos badań hormonalnych w teczce. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dwa lata temu okazało się, że choruję na nieuleczalną autoimmunologiczną niedoczynność tarczycy, zwaną powszechnie chorobą Hashimoto. Kojarzycie tę scenę w Przyjaciołach, kiedy Ross znajduje na swoich plecach dziwną narośl, a chłopaki go wkręcają, że to nowa nieodkryta choroba, która zostanie nazwana jego imieniem? Well, he’s got Ross. No to taka mniej więcej była moja wiedza o Hashimoto: dziwne nie-wiadomo-co. A jak się o tym dowiedziałam? Otóż jeden z niewielu sensownych lekarzy (internista z enel-medu), do którego poszłam z kompletem swoich świeżo zrobionych badań, zwrócił uwagę na mój poziom TSH, który dla kobiet starających się o ciążę powinien wynosić mniej niż 2 uIU/ml. I tutaj następuje wkurw nr 1, bo każdy z ginekologów, który widział wcześniej moje wyniki, uznał, że wyniki są w porządku, jest git. Mnie to nigdy nie zaalarmowało, bo norma laboratoryjna jest dużo wyższa, a w tych widełkach się mieściłam. Od internisty dostałam zalecenie kontaktu z endokrynologiem. USG tarczycy i wysokie przeciwciała Anty TG potwierdziły diagnozę i tak zaczęła się moja walka o utrzymanie Hashka w ryzach. Tutaj płynnie przechodzimy do następnej diagnozy, na którą czekałam niestety kolejne półtora roku.

Mam łagodną formę Hashimoto: niedoczynność nie jest duża, a jedynym zauważalnym efektem choroby było to, że w krótkim czasie sporo przybrałam na wadze. Walka z chorobą w zasadzie sprowadzała się do dobrania odpowiedniej dawki leku z hormonem tarczycowym, po którym to poziom TSH miał się ustabilizować we właściwych widełkach. Trwało to prawie rok, TSH bujało mi się z prawa na lewo wpędzając mnie z niedoczynności w nadczynność i z powrotem. Mam wykupioną prywatną opiekę medyczną w enel-medzie i przez ten czas walki obiłam się o 5 (!) endokrynolożek. Nie, żebym je zmieniała specjalnie, po prostu mega ciężko się wbić na termin, więc brałam lekarkę, która akurat była dostępna. Przez cały czas chodziło o kontrolę wyniku i dobranie odpowiedniej dawki leku – żadne rocket science. Na pytania o problemy z wagą padał standardowy truizm o zdrowej diecie i większej ilości ruchu. Super. Żadna z lekarek nie zasugerowała mi konieczności zrobienia dalszej diagnostyki. Żadna! A trudno pytać lekarza o coś, z czego istnienia człowiek nie zdaje sobie nawet sprawy. Dopiero po dwóch nieudanych procedurach ivf dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak insulinooporność (dzięki Aga). Niezdiagnozowana IO razem z Hashimoto wymieniane są na liście przyczyn kobiecej niepłodności. Chciałam wiedzieć, czy się tego cholerstwa nie nabawiłam, pewne symptomy wskazywały, że trop jest właściwy. Diagnoza polega na analizie wskazań poziomu glukozy i insuliny na czczo, oraz po godzinie, dwóch, czasem trzech od wypicia roztworu glukozy. W prywatnej opiece medycznej odmówiono mi skierowania na badania krzywych cukrowej i insulinowej, bo cytat: nie ma wskazań. Przewinę taśmę: mam Hashimoto (które często występuje w parze z IO), problemy z wagą, dwa nieudane protokoły ivf i dowiaduję się, że nie ma wskazań do zrobienia krzywej insulinowej. Że co kurwa?

Wkurw nr 2: nie dość, że nikt mi wcześniej nie zasugerował potencjalnego problemu z wysoką insuliną, to jeszcze odmawia mi się badania (w ramach płatnej opieki medycznej). Mam ogólnie przeświadczenie, że niektórzy lekarze bardzo źle znoszą pacjentów, którzy przychodzą z własną diagnozą. Na zasadzie: coś se tam pani wyczytała w internecie, ja tu jestem kierownikiem tej szatni, nic pani nie dolega i co mi pani zrobi. I chuj. Niestety nie jestem typem człowieka, który wydziera się na ludzi, a szkoda – bo czasami bardzo by się przydało. W tym czasie byłam w złym stanie psychicznym, więc te wizyty okupiłam tylko bezsensownym zdenerwowaniem i chlipaniem w rękaw. Endokrynologa ostatecznie zmieniłam na takiego z polecenia (dzięki Aga), a krzywe cukrowe robiłam za własną kasę. Same badanie też okupiłam wkurwem nr 3: w pierwszym punkcie pobrań kobieta źle pobrała krew i laboratorium nie zmierzyło insuliny, za drugim razem prawdopodobnie pomieszali wskazania z kolejnych godzin i wynik się nie trzymał kupy. Dopiero za trzecim podejściem wyszedł pełny obraz mojej pięknej insulinooporności. Endokrynolog (już ten właściwy) skonstatował, że musi być ze mnie silna babka, skoro przy takich wynikach nie padłam na twarz. Dodam, że badanie krzywych cukrowych jest raczej z gatunku upierdliwych – trzeba siedzieć na dupie kilka godzin w laboratorium, gdzie 3 lub 4 razy w odstępach godzinowych pobierają krew. Kiedy kolejny raz się dowiadujesz, że musisz je powtórzyć, no to chuj człowieka strzela, że tak się poetycko wyrażę. Tak więc obawy się potwierdziły i do słoiczka z napisem co mi dolega wpadł kolejny kamyczek.

Zalecenie do in vitro dostaliśmy już po pierwszej wizycie w klinice leczenia niepłodności. Causa masculina: czynnik męski, i to w zasadzie zamknęło temat dalszej diagnozy. Na tym etapie wiedziałam tylko o swojej niedoczynności tarczycy (ustabilizowana), a lekarz prowadzący niestety nie zasugerował żadnej rozszerzonej diagnostyki, żeby wyeliminować lub namierzyć inne ewentualne przeszkody. Wiedząc to, co wiem teraz: byliśmy beznadziejnie przygotowani. Mam żal do prowadzącego nas ginekologa, że nie powiedział, jakie suplementy należy przyjmować, jak wspomóc organizm przed takim wysiłkiem, nie wymienił listy badań, które warto zrobić przed startem procedury. Wiadomo, że badania genetyczne to są dodatkowe koszty i większość klinik chyba ma politykę typu: aaa, zobaczymy czy się uda, a jak nie, to się później pomartwimy. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. To nie tak powinno wyglądać. Zaufałam lekarzowi i nie szukałam informacji na własną rękę – zrobiłam to dopiero po dwóch nieudanych podejściach. Szkoda, że tak późno.

Skuteczność metody in vitro to jest około 43%, mniej niż prawdopodobieństwo wyrzucenia orła w rzucie monetą. Uda się, albo nie, z czego trochę bardziej nie niż tak. Czy to dużo? Na początku faktycznie podeszłam do tematu na luzie, cieszyłam się, że maszyna została puszczona w ruch, obliczałam spod jakiego znaku zodiaku będzie moje dziecko. O słodka naiwności :)

Metoda in vitro w skrócie polega na tym, że kobieta jest stymulowana zastrzykami z hormonu pobudzającego do wzrostu pęcherzyki Graffa. W normalnym cyklu miesięcznym na USG widać kilka – kilkanaście pęcherzyków, z czego jeden jest dominujący i to z niego uwalnia się komórka jajowa, która potem wędruje jajowodem w oczekiwaniu na zapłodnienie. Celem stymulacji jest wymuszenie wzrostu także tych pozostałych, niedominujących, pęcherzyków. Cykl jest cały czas monitorowany i jeśli pęcherzyki osiągną odpowiednią wielkość, podaje się zastrzyk, po którym komórki dostają sygnał: ej, masz teraz dojrzeć. 36 godzin po otrzymaniu tego “wyzwalacza” następuje zabieg punkcji jajników. Lekarz “zbiera” wtedy wyhodowane komórki, które dalej przekazane są do embriologa celem zapłodnienia. To jest kluczowy moment całej procedury: duża liczba dojrzałych i dobrych jakościowo komórek statystycznie zwiększa szansę uzyskania dobrych zarodków. Kobiety z niską rezerwą jajnikową (niskim AMH) mają problem z uzyskaniem dużej liczby komórek, natomiast dziewczyny cierpiące na PCOS (zespół policystycznych jajników) zwykle mają zbiory idące w dziesiątki komórek: #zazdro. Ja ze swoim AMH w okolicach 1.6 plasowałam się raczej w dolnych statystykach: do zapłodnienia poszło 5 (w pierwszej procedurze) i 4 komórki (w drugiej). Prawdą jest, że nie liczy się ilość a jakość. Duża ilość słabych komórek nie jest wcale lepsza od dwóch dobrych. Embriolog wybiera do transferu najlepiej rokujące zarodki, a reszta jest zamrażana i, o ile nie dojdzie do ciąży, podawana w kolejnych podejściach.

Za pierwszym razem uzyskaliśmy tylko jeden dobrze rokujący zarodek. Efekt: brak implantacji, brak ciąży. Sytuacja powtórzyła się przy drugiej procedurze: inne leki, długi protokół, tylko jeden zarodek, brak implantacji, brak ciąży. Czekanie na telefon od embriologa to jedno z trudniejszych doświadczeń. Po punkcji jajników wiadomo tylko, ile komórek zostało pobranych. Nie wiadomo natomiast w jakim są stanie, czy są dojrzałe, czy się zapłodnią, czy zaczną się dzielić. Po pierwszym telefonie płakałam, że uzyskaliśmy tylko jeden zarodek na 5 komórek. Po drugim telefonie płakałam, że mamy chociaż jeden, bo spodziewałam się najgorszego.

Po pierwszej punkcji, ze względu na znikomą liczbę zarodków, zapadła decyzja, że idę pod nóż. No, może nożyk :) Przeszłam histeroskopię: bo lekarz chciał mieć pewność, że endometrium macicy jest bez zarzutu. Obecnie jest już w porządku, a jednym z dziwniejszych komplementów jakie czasami słyszę jest: Ależ ma pani ładne endometrium. Niestety moja piękna wyściółka macicy nie zapewniła mi sukcesu w pierwszym podejściu. Ani drugim.

Przy drugim protokole nagle wyskoczył temat mięśniaka, co do którego nie było pełnej zgody: stanowi problem, nie stanowi? Znowu czekanie, niepewność, czy nie będą mnie kroić. Mój przypadek konsultowano z “bossem” z Białegostoku – profesorem, znanym specjalistą. Czułam się bardzo niekomfortowo podczas badania, bo specjalista mówił mi na “ty”, a w trakcie badania usg moje gołe kolano służyło mu za podpórkę. Jego diagnoza brzmiała: na razie mięśniak nie stanowi problemu, ale jak pani nie zajdzie w ciążę, to trzeba go będzie usunąć. Yyyyy. Podziękowałam, nie zaszłam w ciążę, nie usunęłam. Późniejsze badania u mojej “nowej” pani doktor potwierdziły, że nie ma potrzeby przy tym gmerać, bo mięśniak nie modeluje bezpośrednio ściany macicy i nie stanowi żadnego zagrożenia. Na zaawansowaną diagnostykę bossa mogę tylko machnąć ręką.

Podczas drugiej punkcji lekarz pobrał tylko 4 komórki, bo prawy jajnik nagle się “schował” i nie dało się go dziabnąć igłą bez ryzyka krwotoku wewnętrznego. Jak rozmowę w gabinecie zaczyna się od Nie mam dla państwa dobrych wiadomości – bardzo trudno jest zachować optymizm. Przy dwóch pierwszych procedurach co chwilę objawiał się jakiś nowy problem. Zwariować można.

Czułam się przez te kilka miesięcy, jakbym brała udział w castingu do teleturnieju: Jak ona to zniesie? Przed pierwszą punkcją miałam jeszcze jedną nieprzyjemną sytuację – z winy roztrzepania lekarza zapomniano mi wydać w klinice owy zastrzyk triggerujący, o którym pisałam wcześniej. Miałam go sobie zapodać dokładnie 36 godzin przed punkcją. Na 20 minut przed godziną zero wysypałam na stół całą siatkę leków, żeby zdać sobie sprawę, że tego jednego cholernego pudełka brakuje. Nieszczęśliwie dochodziła 21, sobota wieczór. Liczba aptek 24h posiadających na stanie ten lek, jak można się domyślać, nie była zbyt imponująca. Jeździliśmy po Śląsku przez trzy godziny próbując znaleźć aptekę i placówkę gdzie mi wypiszą receptę. Jak już recepta była, to nagle się okazało, że w tej aptece co lek miał być, to jednak go nie ma i musimy jechać 30 km do innego miasta. Jak już pani farmaceutka trzymała lek w ręce, a ja receptę, to mi powiedziała, że jednak nie wyda, bo się jednostki nie zgadzają, a ona ma dokładnie jeden zastrzyk na stanie. Przez całą drogę zalewałam się łzami, wyobrażając sobie wszystkie najgorsze scenariusze – z anulowanym cyklem na pierwszym miejscu. Gdyby nie mój mąż, nie dałabym sobie sama rady. U lekarza od recepty byłam tak zapłakana, że Przemek musiał mówić za mnie, bo wydawałam z siebie tylko jakiś niezrozumiały bełkot przetykany głośnym wciąganiem smarków. Pan doktor udzielił wtedy złotej rady: Proszę się tak nie denerwować. A tak, dzięki Captain Obvious, zupełnie na to nie wpadłam. Ostatecznie kobita w ostatniej aptece poprawiła okulary na nosie i wyczytała, że jednostki jednak się zgadzają. Ja zrobiłam zastrzyk w brzuch w okolicach godziny 23, pod apteką, na ulicy przez którą w sobotnią noc przetaczała się chmara imprezowiczów. Chyba właśnie dostałam angaż do teleturnieju Jak ona to zniesie. A ta nocna rajza po Śląsku to mój wkurw nr 4.

Pierwszy test ciążowy robiłam w Sylwestra, drugi w swoje urodziny. Wszystkiego najlepszego Agata! A ja mam ochotę wleźć pod kołdrę, zalać się łzami i nie wychodzić stamtąd przez najbliższe pół roku. Gdzieś w głębi czułam, że nic z tego nie będzie. Dzień przed urodzinami rozpłakałam się nad obiadem. Wiedziałam. Nad drugim negatywnym testem przez chwilę wzięła mnie wesołość, bo wykoncypowałam, że to chyba najbardziej niewidoczna druga kreska, jaką można sobie wyobrazić. A potem już płakałam normalnie.

Po dwóch nieudanych procedurach trafiliśmy czystym przypadkiem (bo lekarz prowadzący akurat musiał wyjść) na konsultację do “nowej” pani dr w klinice. Okazała się być najmilszym, najbardziej empatycznym i kompetentnym lekarzem. Nie spotkałam jeszcze takiego specjalisty na swojej drodze, a zdążyłam zwiedzić już sporo gabinetów. Czasami wystarczą uśmiech, proste słowa i proste gesty, żeby człowiek poczuł się lepiej, żeby poczuł, że jest w dobrych rękach. Na portalu znany lekarz pani doktor ma same oceny 5 na 5. To jest ewenement, bo ludzie mają tendencje raczej do wystawiania opinii, jak coś jest nie tak. Z konsultacji wyszliśmy podniesieni na duchu, z całą listą badań do zrobienia i zaleceniem konsultacji z immunologiem.

Po zrobieniu badań genetycznych okazało się, że mam mutację MTHFR, przez którą organizm nie jest w stanie przyswoić kwasu foliowego, który odpowiada za funkcje detoksykacyjne organizmu. Badanie krwi ujawniło wysoki poziom homocysteiny, która jest samym złem: skutkuje poronieniami, uszkodzeniami DNA i mitochondriów. Mutacja MTHFR jest dość powszechna w społeczeństwie, nie jestem tutaj jakaś wyjątkowa. Zalecenia obejmują suplementację biologicznie aktywną formą kwasu foliowego oraz witaminą B12. Po pół roku stosowania się do zaleceń udało mi się zbić homocysteinę o połowę – do zadowalającego poziomu. To niestety jest kolejny, już wkurw nr 5: nie zlecono mi badania poziomu tego aminokwasu przed pierwszym podejściem do in vitro, a to jest jeden z kluczowych wskaźników stanu gotowości organizmu.

Immunolog to taka specjalizacja, o której istnieniu nie miałam do tej pory pojęcia. Do immunologa odsyłane są pary, które mają problem z implantacją zarodka lub utrzymaniem ciąży. Pierwsza wizyta to standardowy wywiad i zlecenie badań. W ogólnym uproszczeniu można powiedzieć, że zadanie immunologa polega na weryfikacji, czy organizm matki nie jest “zbyt silny”, w sensie czy nie zwalcza zarodka, jako intruza z obcym DNA oraz czy partnerzy są ze sobą “kompatybilni” w niskopoziomowym ujęciu. Piszę o tym w cudzysłowie, bo dochodzą tutaj do głosu skomplikowane procesy biochemiczne i nie czuję się na siłach, żeby tłumaczyć, na czym te poszczególne testy polegają i jak należy interpretować wyniki. Większość ginekologów też nie jest w stanie tego zrobić ;) Swoje wyniki próbowałam przed wizytą diagnozować w necie, ale jest zaskakująco mało informacji na ten temat. W każdym razie, jednym z wykonanych u mnie badań było typowanie KIR, w którym otrzymałam wynik KIR AA. Niestety to nie jest dobra ocena. Tutaj najpewniej leży przyczyna moich niepowodzeń w zajściu w ciążę, czyli tzw. niepłodność immunologiczna. W skrócie mogę powiedzieć, że brakuje mi kilku genów, które są kluczowe w procesie implantacji zarodka. Mogło w moim ciele dochodzić w przeszłości do zapłodnienia, ale organizm nigdy nie był w stanie zatrzymać zapłodnionej komórki w środku. O KIR AA, w przystępnym języku, można więcej poczytać tutaj. Na braki w genach nic nie można poradzić, ale jest metoda leczenia, która daje dobre rezultaty w tym przypadku. Przy trzeciej, procedurze podejdę do transferu obstawiona dodatkowymi lekami. W praktyce oznacza to wlew dożylny i zastrzyki z leku o nazwie accofil. Jeśli dojdzie do implantacji, zastrzyki trzeba kontynuować przez 3 miesiące. Trochę mi ulżyło, bo wreszcie pojawił się jakiś trop, coś czego można się uczepić i na co zwalić nasze wcześniejsze niepowodzenia. Oczywiście przyczyn braku implantacji może być dużo więcej, ale od czegoś trzeba zacząć.

Pomiędzy drugą, a trzecią procedurą zrobiłam sobie półroczną przerwę. Szukałam w tym czasie pomocy u osób trudniących się różnymi profesjami i usilnie kombinowałam nad tym, jak zwiększyć swoje szanse przy następnym podejściu.

Przede wszystkim zaczęłam się zdrowiej odżywiać pod okiem dietetyka klinicznego. Zdecydowałam się wyeliminować z diety nabiał oraz gluten. Zrobiłam testy nietolerancji pokarmowej, w której wyszła mi wysoka reakcja alergiczna na białko jaja kurzego oraz mleko. Gluten odstawiłam świadomie na zasadzie: zobaczymy czy to coś da. Dieta bezglutenowa ostatnio stała się dość modna, więc chciałam się wytłumaczyć, że nie chodzi tylko tutaj o wpisywanie się w trend. Przeczytałam parę książek o chorobie Hashimoto, w których schemat zawsze jest ten sam: lekarze nie wiedzieli co mi jest, jak się dowiedzieli to dostałam tabletki, a ja postanowiłam sama się uleczyć, zrezygnowałam z glutenu i nabiału i jestem zdrowa. Z chorobami autoimmunologicznymi jest ten problem, że lekarze leczą je objawowo. Tabletka rano na czczo i git. A skąd to się bierze, co mogę zrobić, żeby sobie pomóc? A to już nie wiadomo. Nie ma żadnych rzetelnych badań medycznych, które by wskazywały na to, że dieta bezglutenowa pomaga przy Hashku, a mimo tego coraz więcej ludzi potwierdza to na sobie empirycznie. Ja postanowiłam spróbować, bo i tak nie mam wiele do stracenia. Jem obecnie dużo ryb, zup i warzyw. Ziemniaczki musiały pójść w odstawkę na rzecz brązowego ryżu, kaszy gryczanej i komosy ryżowej. Nie kupuję już kurczaka i wieprzowiny, króluje u mnie indyk na zmianę z kaczką. Piekę chleb bezglutenowy, smażę bezglutenowe naleśniki, jem makaron z ciecierzycy. Musiałam zapomnieć o jajecznicy, bułeczkach, pierożkach i wszystkim, co po spożyciu powoduje wyrzut insuliny do krwi.

Zaliczyłam także kilka wizyt w gabinecie terapii naturalnych: oczyszczanie organizmu, zioła, suplementacja witaminami i igły w uchu. Sceny prawie jak z Dnia Świra. Trochę prześmiewczo nazywamy typa, który tam przyjmuje, szamanem. Faktem jest, że owy szaman poświęcił nam więcej czasu na jednej wizycie, niż wszyscy lekarze z ostatnich miesięcy razem wzięci. Jako człowiek z natury sceptyczny, nie spodziewam się cudów, ale ponownie: co mi szkodzi spróbować podejścia alternatywnego.

Od dwóch miesięcy daję się także kłuć igłami na sesjach akupunktury. W necie można przeczytać, że te zabiegi zwiększają skuteczność in vitro o ileś tam procent. Uważam te statystki za marketingowy bullshit, bo tego nie da się w żaden sposób zmierzyć z zachowaniem tych samych wartości wejściowych. Skąd pewność, że to akurat igły w ciele spowodowały, że ten zarodek się utrzymał? Może zwyczajnie był silniejszy. A badanie tego na zasadzie: te panie pokłujemy, a te nie, też wydaje mi się kiepskim pomysłem. To nie jest w żaden sposób mierzalne, więc nie ma co się podniecać “zwiększeniem szans”. Mój doktor od aku jest pozytywnym człowiekiem, od razu się uśmiecham jak go widzę, a przy okazji te pół godziny leżenia przy muzyce zawsze mnie relaksuje, więc czemu nie. A na masaże relaksujące też chadzałam krótko po drugiej porażce: przyjemne godzinne głaskanie całego ciała bardzo dobrze koiło mi nerwy.

Mam takie poczucie, że przez te pół roku odrobiłam dobrze zadanie domowe, zrobiłam co mogłam, żeby zwiększyć swoje szanse. Wkrótce się przekonam, czy te wszystkie działania przyniosły wymierny efekt. To, co mnie najbardziej przez te miesiące denerwowało, to konieczność lawirowania. Otóż każdy ze specjalistów, u którego szukałam pomocy, ma swoją prawdę. Immunolog kwestionuje zasadność badania mutacji MTHFR, ginekolodzy mają czasem mentalny problem z immunologią, endokrynolog poddaje w wątpliwość niektóre pozycje w moim jadłospisie, a dietetyczka moje suplementy. Specjalista terapii naturalnych wszystko chce leczyć ziołami i lewatywą, a o KIR AA prawie żaden z nich nie słyszał. Ciężko w tym wszystkim znaleźć dla siebie jedną prawdę i nie zwariować :D

Królowa suplementów

By niejadek zjadł obiadek. Na wątrobę ale i na odchudzanie. Wzrostan, Ulgix i Apetiblock. Jesteśmy w czołówce europejskich państw z największą sprzedażą suplementów. Mała tableteczka rozwiąże każdy Twój problem, jakkolwiek wydumany by on nie był. Też śmieszkowałam z naszej miłości do supli, a teraz sama połykam dziennie 10 pigułek: kwas alfa liponowy, witamina D3, koenzym Q10, witamina E, witamina C, witaminy z grupy B. Do tego leki na Hashimoto i insulinooporność.

Po drugim nieudanym protokole ivf zaczęłam wreszcie szukać na własną rękę informacji w internecie. Stwierdziłam, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce: bo mój lekarz prowadzący z kliniki leczenia niepłodności specjalnie się nie popisał. Na jednej z grup facebookowych dziewczyny polecały książkę: It starts with the Egg, autorstwa Rebecci Fett. Można ją zamówić z Amazona, pierwsze wydanie dostępne jest też w Empiku. Niestety, książka nie posiada polskiego wydania.

To jest pozycja, która wywróciła mi mózg na drugą stronę, absolutny must read dla wszystkich starających się o ciążę. Tym bardziej pozycja obowiązkowa dla lekarzy pracujących w klinikach leczenia niepłodności, a jestem prawie pewna, że moi jej nie czytali. Książka tłumaczy w bardzo przystępny sposób wszystkie biochemiczne procesy, które dzieją się na poziomie komórkowym i które mają wpływ na jakość komórki jajowej. I co najważniejsze, daje gotowy przepis na to, jak tę jakość poprawić. “Dobra jakościowa” komórka jajowa oznacza mniej więcej tyle, że materiał genetyczny, który się w niej znajduje jest nieuszkodzony: nie było żadnego błędu podczas procesu kopiowania DNA. Dlaczego to jest tak ważne? Bo kobieta na cykl produkuje zwykle jedną komórkę jajową. W trakcie stymulacji in vitro (na skutek podawanych hormonów) komórek dojrzewa więcej. W zależności od poziomu rezerwy jajnikowej może to być od kilku do kilkunastu oocytów. Sukces protokołu mierzy się w ilości dobrze rokujących zarodków, które powstają po zapłodnieniu. Embriolog jest w stanie zawsze wyłowić kilka dobrych plemników z puli tych kilkuset milionów z oddanej próbki, nawet przy kiepskiej morfologii. A komórek ma do dyspozycji tyle, ile lekarz wyciągnie przy punkcji. Jeśli one są kiepskiej jakości – no to dupa blada, po zawodach.

Najważniejszym dla mnie odkryciem było to, że to nie bezpośrednio wiek wpływa na pogorszenie jakości moich komórek. Panuje takie powszechne przekonanie, że komórki jajowe starzeją się razem z kobietą i nic na to nie można poradzić. To nie jest do końca prawda.

Aging does not directly cause chromosomal abnormalities; rather it creates conditions that predispose eggs to mature incorrectly shortly after ovulation.

A zatem wiek nie ma bezpośredniego wpływu na nieprawidłowości na poziomie chromosomalnym. Ale wiek z kolei ma wpływ na pojawienie się większej liczby niekorzystnych procesów, które powodują, że komórki dojrzewają w sposób nieprawidłowy. Odetchnęłam z ulgą.

Chciałam podkreślić, że pani Rebecca podeszła w swojej książce bardzo rzetelnie do tematu, ostatnie kilkanaście stron to lista przypisów do artykułów naukowych. Wszystko o czym pisze, ma potwierdzenie w badaniach.

Z badaniami wiąże się jeszcze jedna ciekawa historia. W książce opisany jest przypadek pewnej Amerykanki 40+, która przystąpiła do procedury in vitro. Lekarze po pierwszym cyklu stwierdzili, że z jej własnymi komórkami nie ma na to szans. Pani miała bardzo niską rezerwę jajnikową. Oznacza to, że nawet po sztucznej stymulacji hormonami, jej organizm nie był w stanie wyprodukować dobrych, dojrzałych komórek jajowych. Proponowano jej zapłodnienie z komórkami dawczyni, ale ona odmówiła i uparła się, że znajdzie sposób. Po czym zaczęła na własną rękę szukać artykułów naukowych dotyczących badań nad rozwojem pęcherzyków Graffa. I znalazła. Przyjmowała hormon DHEA w tajemnicy przed swoim lekarzem prowadzącym. Im dłużej go brała, tym “magicznie” więcej pęcherzyków pojawiało się na USG. Udało jej się w końcu zajść w ciążę i urodzić zdrowe dziecko. Suplementacja hormonem DHEA jest teraz zalecana przy niskim AMH. Niestety z tej opowieści znowu się wyłania obraz lekarzy okopanych w swoich standardowych procedurach: nie da się, nie da rady, nie ma wskazań. I trzeba dopiero zdeterminowanej kobiety, żeby ich z tych okopów wykatapultować.

“Efektem ubocznym” stosowania się do zaleceń z książki jest to, że stałam się bardziej eko. Zrezygnowałam z kupowania wody w plastikowych butelkach, przestawiłam się na naturalne kosmetyki. Okazuje się, że w naszym otoczeniu znajduje się bardzo wiele toksycznych substancji. Ftalany, bo o nich mowa, negatywnie wpływają na jakość plemników i oocytów, zwiększają stres oksydacyjny komórek. Występują w lakierach do paznokci, odświeżaczach powietrza, perfumach, płynach do płukania. Można je znaleźć w plastiku, a także w wysoko przetworzonej żywności. Kto wie, czy zalew plastiku i degradacja środowiska w ostatnich dziesięcioleciach nie przyczynił się do wzrostu problemów z płodnością? Nasi rodzice pili mleko ze szklanych butelek, nie używali plastikowych pojemników do przechowania żywności, nawet worków na śmieci nie mieli. Warto się nad tym zastanowić i może zrezygnować z pakowania warzyw i owoców do foliówek przy następnych zakupach :)

Usg transwaginalne i inne przyjemności

Jak wygląda in vitro z punktu widzenia kobiety: liczne wizyty monitorujące cykl, w trakcie których lekarz wsadza Ci głowicę aparatu USG do waginy. Zastrzyki w brzuch, którym towarzyszą często efekty uboczne (bóle głowy, nudności, kurcze) i huśtawka nastrojów. Ciągłe pobieranie krwi do oznaczenia poziomu hormonów. Punkcja, w trakcie której podłączona do kroplówy tracisz świadomość z rozwartymi nogami na fotelu ginekologicznym i wielką igłą do punkcji w pochwie. Transfer embriona, do którego przystępujesz z pełnym pęcherzem, co ma finał w leżeniu przez 20 minut na fotelu ginekologicznym z nogami do góry i skupianiu myśli na czymś innym niż: oesu, ale mi się chcę sikać. Tabletki, tableteczki które trzeba przyjmować drogą doustną i globulki drogą dowcipną. Kolejna partia zastrzyków w brzuch. Siniaki. Przyrost wagi. Opuchlizna. Sikanie na test ciążowy. I morze łez. In vitro to też planowanie wszystkich wyjść z domu pod kątem tego, czy będę mogła w godnych warunkach zrobić sobie zastrzyk, czy będzie dostępna lodówka, żeby przechować moją strzykawkę. Kłułam się w pracy, w publicznych toaletach, w samochodzie, na ulicy, w odwiedzinach u znajomych. Sama przyjemność :)

Jak wygląda in vitro z punktu widzenia mężczyzny: tu ma pan gazetki i filmik, proszę się zmasturbować do kubeczka.

Kobiety mają przejebane. Pomyślcie ile razy facet 30+ musi w ciągu swojego życia iść do lekarza, ściągnąć gacie i dać sobie obejrzeć penisa z przyległościami, ewentualnie wpuścić jakąś sondę do dupy. A kobiety? Chadzam do ginekologów od 13 roku życia i trochę mi tych wizyt się już nazbierało. W trakcie monitorowania cyklu przy ivf trzeba się stawiać w klinice czasami i 3 razy w tygodniu: pobranie krwi do oznaczenia hormonów i sonda w waginę. Nie rusza mnie to już jakoś specjalnie, do wszystkiego można się przyzwyczaić. Ale też w robieniu sobie dziecka tą metodą nie ma nic romantycznego: ot postępowanie wg rozkładu jazdy. Pamiętam, że parę lat temu przeczytałam w necie komentarz jakiegoś facia, który przekonywał, że seks jest od tego, żeby było przyjemnie, a jak będzie chciał mieć dziecko – to se go zrobi przez in vitro. Większość ludzi, która nie miała styczności z metodą, wyobraża sobie to właśnie w ten sposób: że to robienie dzidziusia w laboratorium. Ja też byłam ignorantką – dopóki nie sprawdziłam na sobie, czym jest in vitro.

Jedną z bardziej kuriozalnych sytuacji był moment, w którym musiałam się przedstawić pani embriolog. Podczas transferu zarodka embriolog jest obecny i czuwa nad dopełnieniem procedur – czyli, żeby wsadzili mi do macicy na pewno to, co moje. Musi nastąpić moment, w którym wypowiadam swoje imię i nazwisko. Rozśmieszyło mnie, że robiłam to już w pełnym rozwarciu na fotelu ginekologicznym: dzień dobry, miło mi, to ja i moje wejście do macicy.

W mojej klinice do obsługi “pokoju gier i zabaw” mają oddelegowanego jednego jedynego pielęgniarza. Zapewne po to, żeby zwiększyć komfort panów, którzy muszą przejść przez ten upokarzający proceder ;)

Nie mam problemów z tym, że połączenie naszych komórek następuje w laboratorium, a nie jedynie uświęconą drogą seksu małżeńskiego. Ani przez chwilę nie pomyślałam o tym, że moje dziecko będzie przez to gorsze. Powiem mu kiedyś, że rodzice przeszli przez piekło po to, żeby mogło pojawić się na świecie :). Przeciwnicy in vitro coś tam zawsze smędzą o działaniu wbrew naturze. Owszem, to jest wbrew naturze, tak samo jak utrzymywanie przy życiu wcześniaków czy walka z rakiem. Jak ktoś ma problem mentalny z obecnością Boga w tym całym procederze, to zawsze można sobie wytłumaczyć, że do niego należy ostatnie słowo. Bo dobrze rokujący zarodek nie jest wcale gwarantem ciąży.

Jest jeszcze jeden temat, który strasznie podnosi mi ciśnienie: politycy wtryniający się ze swoimi łapskami do tematu in vitro. W 2018 roku pojawił się projekt ustawy, autorstwa niewątpliwie jakichś wybitnych specjalistów z PIS i Kukiz15. W ramach tego dzieła pojawiły się m.in. postulaty: in vitro tylko dla małżeństw, ograniczenie liczby zapładnianych komórek do jednej (!!!), określenie mrożenia zarodków jako czynu niedozwolonego. Panowie poczuli się urażeni i uznali, że muszą stanąć na straży godności mrożonych komórek. Naprawdę, ja jestem bardzo empatyczną osobą i dużo jestem w stanie rozumieć, ale przy takich wypowiedziach, marzę o tym, żeby karma wróciła do typów ze zdwojoną siłą. Wyrzygana karma. (Mam koty, to wiem). Przy obecnej skuteczności metody zapłodnienia pozaustrojowego (43%), nałożenie ograniczenia do jednej komórki dałoby może… ile, kilka procent? Cały proces przestaje mieć wtedy sens. Na szczęście w sejmie nie przeszło.

Polskie prawo nie zezwala na niszczenie embrionów. Czyli jest tak: jeśli para podchodzi do in vitro i uda im się uzyskać kilka dobrych zarodków, to jeden lub dwa są podawane, a reszta jest mrożona. Jeśli nie ma ciąży, to w kolejnych miesiącach podawane są pozostałe mrożaczki. Jeśli ciąża jest, to można wrócić po śnieżynki za parę lat. Jeśli para stwierdzi, że definitywnie nie chce mieć więcej dzieci – to ma dwie opcje: opłacanie do końca życia rocznych kosztów przechowywania zarodków lub oddanie swojego zarodka do dawstwa. Na żadnym etapie zapłodnione komórki nie mogą być zniszczone. Uważam, że to jest ważny aspekt całej sprawy, z etycznego punktu widzenia nic złego się tutaj nie dzieje.

Czego mi nie mówcie

Szlag mnie trafia, jak wczytuję się czasami w gównoburze pod postami dotyczącymi procedury ivf. Zbliżają się wybory parlamentarne, więc opozycja rzuca kiełbasą wyborczą w postaci obietnicy dofinansowania in vitro. Więcej niż pewne, że odezwie się tam jakaś osoba z hasłami typu: in vitro to nie leczenie, to wbrew naturze, widocznie Bóg tak chciał, chcesz mieć dziecko to adoptuj.

Zawsze fascynuje mnie, jaką łatwość mają ludzie w wyrażaniu opinii na tematy, na których się ni chuja nie znają. Jakim prawem mówisz do mnie, że nie zasługuję na to, żeby być w ciąży, żeby poczuć rozwijające się we mnie życie? Jakim trzeba być dzbanem, żeby obrażać dzieci, w zasadzie już nawet nie z in vitro, jakiekolwiek dzieci? Szczęśliwie jestem daleko od kościoła katolickiego, więc opinie panów w czerni traktuje na równi z trollami w necie.

No i koronny argument wszystkich: w domach dziecka czeka tyle biednych dzieci. Czyli: nie znam się, ale się wypowiem. W przeświadczeniu tych wszystkich ludzi adopcja to jest jak pójście do przepełnionego schroniska i wybranie sobie biednego pieska, porzuconego przez właścicieli. Otóż to tak nie wygląda: czeka się latami. Chętnych jest więcej niż dzieci z unormowaną sytuacją prawną. Nie mówię, że nigdy, ale na chwilę obecną nie jestem gotowa zmierzyć się z tym tematem. Dopóki istnieje szansa, że mogę dać początek nowemu życiu, będę próbować. I nie będę za to przepraszać.

Nie wszyscy z mojego najbliższego otoczenia wiedzą, przez co przechodzę. Chyba najbardziej boję się momentu, w którym trzeba przyznać, że znowu się nie udało. Nie chcę współczucia, a jeszcze bardziej dyskomfortu drugiej strony, która nie wie, jak zareagować i co powiedzieć. No cóż, po publikacji tego postu być może więcej osób się dowie. Dam Wam ściągę: można nic nie mówić, można przesłać mi zdjęcie śmiesznego kota w pudełku, albo powiedzieć: trzymam kciuki, jesteś silna i dasz radę. Ja się czuję raczej niekomfortowo poruszając ten temat, wywołuje we mnie skrajne emocje. Przy rozpieprzonej równowadze hormonalnej o łzy tym bardziej nietrudno. Często słyszę: oo, a to nie wiedziałam, że się staracie. No tak, bo to jest pierwsza rzecz o której mówię ludziom, zaraz po tym jak spytają: co tam słychać? A po staremu, u mnie dalej jedna kreska.

Wiem, że czasami pytania i rady nie wynikają ze złej woli, a z jakiejś potrzeby “powiedzenia czegokolwiek”, ale to już może lepiej zapytać o plany na wakacje.

Nie mówcie mi, że muszę się wyluzować i jak odpuszczę to zajdę w ciążę. Byłam zrelaksowana przez pierwsze 7 lat swojego małżeństwa i posiadanie potomstwa na pewno nie było wtedy moim priorytetem. Nie pomogło. Poza tym relaks na pewno nie naprawi mi genów.

Nie mówcie: ja to bym się bała, że mi przy in vitro podadzą nie mój zarodek. To nie pomaga :P

Nie mówcie: przynajmniej możesz się wyspać. I, że z dziećmi to same kłopoty, ewentualnie: a to ci pożyczę moje na jakiś czas. O jeżu, to tak jakby Bill Gates skarżył się jakiemuś biedakowi, że na tych studolarówkach to się jednak kiepsko sypia i banknoty wrzynają mu się w dupę. Więcej empatii :)

Nie mówcie: my też się długo staraliśmy po czym następuje jakieś hasło o trzech miesiącach, ewentualnie pół roku.

Nie dawajcie mi rad w stylu: moja koleżanka stosowała to i tamto i ma teraz synka. Nie neguję, że chodzenie boso po porannej rosie może pomóc, że picie ziół może pomóc, że naprotechnologia może pomóc. Ale nie mi. Jedyną radę, którą przyjmę z zainteresowaniem będzie doniesienie o nowych sposobach wspomagania procesu implantacji przy genotypie KIR AA. Przy naszych parametrach wejściowych bardzo trudno o naturalne zapłodnienie. Przy moich genach bardzo trudno o implantację. Musiałabym przed każdym potencjalnym “złotym strzałem” chodzić na kroplówkę z intralipidu (7h!) i brać potem przez dwa tygodnie zastrzyki z accofilu, nie mając pewności, że w ogóle doszło do zapłodnienia. Słabo.

A niby pieniądze szczęścia nie dają

Nie da się pominąć kwestii pieniędzy, kiedy mowa o procedurze zapłodnienia pozaustrojowego. Ile kosztuje in vitro? Jeśli ma się szczęście i wszystko uda się za pierwszym razem, bez dodatkowych drogich badań genetycznych – to można się zamknąć w kwocie do 9 tys. W cenie są wizyty, leki do stymulacji, punkcja, procedury embriologiczne i transfer zarodka. Nie uwzględniłam ceny przechowywania mrożaczków i PGS (Preimplantation Genetic Screening) – dodatkowe kilkanaście tysi. Jeśli się nie uda za pierwszym razem – to koszty rosną lawinowo: dodatkowe badania, suplementy, wizyty u innych specjalistów, itd.

W 2015 roku PIS po wygranych wyborach ubił działający od dwóch lat rządowy program leczenia niepłodności. W praktyce oznaczało to koniec finansowania in vitro z budżetu. Jedyna pomoc państwa na tę chwilę polega na dopłatach do leków do stymulacji – pod warunkiem, że spełnia się pewne warunki, które w skrócie mogę nazwać: dobrze rokujesz. Ryczałt na leki obowiązuje tylko do trzech procedur, więc obecny rozpoczęty trzeci cykl jest dla mnie ostatnim ze zniżką w aptece. Za lek Menopur, który mam rozpisany na 14 dni stymulacji płacę obecnie 266 zł. Gdybym chciała podejść w Polsce do czwartego protokołu, zapłacę już jakieś 1330 zł. Szczerze mówiąc, to przy tych wszystkich kosztach pomoc państwa jest praktycznie niezauważalna…

Założyłam sobie Excela, w którym notuje wszystkie wydatki poniesione w związku z naszym pragnieniem posiadania potomstwa. W komórkach znajdują się kwoty za wszystkie procedury, leki, suplementy, moją histeroskopię, niezliczone badania hormonów, krwi, badania genetyczne i nietolerancje pokarmowe. Notowałam wizyty w klinice, u immunologa, akupunkturzysty, masażystki, psychologa, specjalisty terapii naturalnych, dietetyczki, dentysty, endokrynologa, urologa. Są wydatki poniesione na superfood, którego bez konieczności przejścia na dietę, normalnie bym nie spożywała, koszty wymiany plastikowych pojemników na szklane i zakupu patelni bez teflonu. Na liczniku obecnie mam ponad 45 tys. zł, a jesteśmy przed właściwymi wydatkami w związku z trzecią procedurą. Realnie, po roku czasu od startu pierwszej procedury, licznik przekroczy 50 tys. zł. I niech mi ktoś powie, że pieniądze szczęścia nie dają.

Niektóre samorządy wdrożyły swoje własne programy pomocy parom borykającym się z problemem niepłodności. Niestety, mój powiat nie oferuje żadnej formy dofinansowania. Przed takim problemem staje w Polsce tysiące par. Miłościwie panująca nam partia rządząca stosuje zasadę rozdawnictwa. Pieprzą o polityce prorodzinnej, ale ta pomoc nie jest przewidziana dla par bezdzietnych. I nie chodzi tutaj tylko o dofinansowanie in vitro, ale na przykład o większe nakłady na ośrodki adopcyjne, o realną pomoc dla par, które zdecydowały się na adopcje dzieciaków z problemami. Mamy z mężem tę komfortową sytuację, że nie musimy brać kredytu, żeby sfinansować sobie marzenie o posiadaniu dziecka. Tak, bo płacimy za marzenia – nie ma przecież żadnej gwarancji że wydanie dziesiątki tysięcy zaowocują. Zdaję sobie sprawę, że jesteśmy w mniejszości. Że niektóre dziewczyny mają dodatkową presję typu to ostatni cykl, na który nas stać. Cholernie niesprawiedliwe. Z drugiej strony zawsze pojawiają się wątpliwości, bo środków do przyznania zawsze jest za mało. Kto powinien dostać pomoc od państwa na leczenie: dziecko chore na raka czy bezdzietna para? Tu nie ma prostych odpowiedzi. A może to nie jest kwestia albo albo? Dlaczego w Czechach, czy Finlandii kobiety mogą liczyć na więcej? Najgorzej pod tym względem wygląda chyba sytuacja w USA. Amerykankom bez dobrego ubezpieczenia bardziej się opłaca przylecieć na dwa tygodnie do Europy, niż leczyć się u siebie. W Stanach wszystko zależy od opcji ubezpieczenia, którą daje Ci pracodawca. Starbucks ma w swojej ofercie infertility treatment, więc sporo babeczek trudni się parzeniem kawy po godzinach.

Muszę tutaj wspomnieć o Małgorzacie Rozenek-Majdan, która bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie swoją postawą. Babka ma dwóch synów dzięki metodzie in vitro, mówi o tym otwarcie i działa na rzecz szerzenia świadomości w tym temacie. Pani Majdan ma pieniądze, mogłaby siedzieć cicho i udawać, że problem jej nie dotyczy. A tymczasem angażuje się, przeprowadza wywiady z parami dotkniętymi problemem, sama tych wywiadów udziela. W ostatnim otwarcie opowiedziała o bólu po utracie ciąży, po tym jak oboje z mężem cieszyli się z upragnionych dwóch kresek. Wyobrażam sobie, że w jej przypadku musi to wszystko być dodatkowo trudne, bo jest pod ciągłym ostrzałem. A to jej zrobią fotę jak wychodzi z kliniki, a to mają jakieś przecieki o ciąży, a to wszyscy analizują jak bardzo przytyła. Cieszę się jednak, że jest ambasadorką in vitro w tym celebryckim świecie, gdzie wszystko jest piękne, błyszczące i przepuszczone przez filtr z instagrama.

Jestem odpadem ewolucyjnym czyli emocjonalny rollercoaster

Moje dwie nieudane procedury ivf negatywnie wpłynęły na moją samoocenę, która i tak nigdy specjalnie wysoka nie była. Jako dziecko i nastolatka nigdy sobie nie pozwalałam na bylejactwo, dawałam z siebie wszystko i starałam się być we wszystkim najlepsza. Ciężko mi było odpuścić, nakręcałam sama siebie, nieustannie porównywałam z innymi, a potem strasznie odchorowywałam wszystkie porażki. Z wiekiem trochę mój wewnętrzny wyścig zbrojeń wyhamował: więcej rzeczy olewam ale i tak często myślę sobie, że za mało wiem, za mało się staram i ogólnie jestem do niczego. I teraz spada na mnie ta wiadomość: sorka, ale trochę nam te Twoje geny nie wyszły. Sukcesem ewolucyjnym gatunku jest umiejętność przetrwania i zmajstrowania płodnego potomstwa. No więc ja jestem teraz jak ten ślepy zaułek, jak odpad ewolucyjny, bo przecież gdybym urodziła się 30 lat wcześniej, nie miałabym prawdopodobnie żadnych szans na ciążę. Czemu akurat ja? Ciężko się z tym pogodzić, zajście w ciążę powinno być najprostszą rzeczą na świecie i patrząc po moim facebookowym streamie, wszystkim dookoła się to udaje. Tylko nie mi. Trudne to. To nawet nie jest uczucie zazdrości, ale żal nad swoją sytuacją, bezsilność i złość: czemu ja tak nie mogę, czemu nie jest mi to dane, czemu to przede mną piętrzą się ciągle jakieś problemy.

Rozpłakałam się, kiedy stanęłam na wagę po drugim nieudanym protokole (a przez kilka tygodni skrzętnie tego unikałam). Osiągnęłam historyczny wynik. Duży brzuch, cycki niemieszczące się w staniku, napuchnięta twarz. Miałam jedne, jedyne spodnie, w których mieścił się mój tyłek (jegginsy to jednak wynalazek stulecia) i może ze dwie sztuki bielizny, z których mi się nie wylewało. I do tego to przeświadczenie, że jestem zepsuta, że znowu się nie udało, że chujowa ze mnie kobieta, skoro nic się we mnie nie chce rozwinąć. Samoocena pikuje w dół.

Bywają momenty lepsze, kiedy dostrzegam pozytywy. Jestem zdrowsza, bardziej świadoma, mam jakieś tam szanse powodzenia i sytuacja nie jest całkiem beznadziejna. Bywają momenty gorsze, kiedy wszystko mnie przerasta, poczucie lęku i braku kontroli wyciąga po mnie powoli swoje macki, kiedy nie mam siły walczyć. Kiedy jestem przerażona, że muszę znowu iść tą samą ścieżką, a na końcu czeka znowu rozczarowanie. Kiedy jestem po prostu zmęczona: wiecznymi przeszkodami, ciągłym zamartwianiem się, czekaniem. Jestem osobą wysokowrażliwą, która wszystkim się przejmuje i miętoli każdy temat w głowie tysiąc pięćset razy, nie umiem tak po prostu wyłączyć myślenia i zostawić przeszłości za sobą. Pojawiają się myśli, że może gdybym zrobiła to i tamto, byłoby inaczej. Gdybym zaczęła wcześniej zgłębiać temat – byłoby inaczej. Gdybym pięć lat wcześniej była gotowa – byłoby inaczej. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że to do niczego nie prowadzi, nakręca tylko bzdurną spiralę samoumartwienia. Niestety nie opanowałam jeszcze sztuki wpływania na swoją podświadomość i włączenia pozytywnego myślenia na zawołanie.

Umówiłam się na rozmowę do psychologa, żeby sobie to jakoś wszystko poukładać w głowie. Myślę, że wygrałam konkurs na najkrótszy czas od momentu: Słucham, co panią sprowadza do <zalewa się łzami>. Serio, chyba nawet nie zdążyłam się porządnie rozsiąść w fotelu, kiedy już szlochałam. Nie dostałam żadnego złotego remedium na radzenie sobie z demonami. Racjonalnie rozkładałyśmy z panią psycholog wszystko na czynniki pierwsze po 10 razy. Nie wiem czy mi to pomogło, ale doświadczenie na pewno było ciekawe.

O babkach przechodzących przez in vitro mówi się, że są fajterkami. Ja nie czuję się silna tylko dlatego, że umiem sobie zrobić zastrzyk w brzuch. W zasadzie to w ogóle nie czuję się silna. In vitro to dla mnie głównie łzy, rozszarpane nadzieje i poczucie niemocy. A może siła polega na tym, że pomimo ciągłych przeszkód i kamieni osypujących mi się na łeb ciągle idę pod tę górę z nadzieją, że jednak dojdę na szczyt? To mówiłam ja, Agata Coelho.

Jest taki moment, kiedy trzeba sobie zrobić test ciążowy. Klinika i tak każe robić test z krwi, ale dwa razy robiłam próbę sikaną – żeby się psychicznie przygotować i nie rozpłakać w poczekalni przy pielęgniarce, która wręczy mi wynik: sorry, nie udało się. I to jest chwila, którą się z jednej strony odwleka – bo dopóki nie mam jednej kreski na teście, to mogę się łudzić. A z drugiej strony, czekałaś na to ostatnie dwa tygodnie, ostatni miesiąc, rok, całe życie? Pierwszy test ciążowy robiłam w Sylwestra, drugi w swoje urodziny. Słabe daty. Ostatni dzień starego roku spędziliśmy w pidżamach razem z kolegą Netflixem. Nawet nie dotrwałam do północy, szampana wypiłam na śniadanie. Podczas robienia testu urodzinowego byłam już pewna, że się nie udało. Chujowo jak ludzie dzwonią z życzeniami, a Ty próbujesz dziękować normalnym głosem, wciskając jednocześnie łzy z powrotem do środka. Obie te daty niestety skłaniają także do refleksji nad uciekającym czasem: bo znowu jestem rok starsza, bo będzie mi coraz trudniej, bo… Przy każdej z dwóch procedur mieliśmy tylko po jednym zarodku, dochodziła zawsze dodatkowa presja, że jak się nie uda, to zostajemy z niczym i trzeba zaczynać wszystko od początku. Każdy nieudany transfer odczułam jako stratę i po każdym przechodziłam etap żałoby. Przez te dwa tygodnie myślisz o tych komóreczkach, które są w środku. Czy się dalej dzielą, czy stworzyłam im dobre środowisko, czy udało im się zagnieździć. A potem przychodzi BFN (Big Fat Negative) i trzeba się z tym zmierzyć i przetłumaczyć sobie, że to nie moja wina. I znaleźć siłę na powtórzenie wszystkiego od nowa.

Przy całym tym procesie walki o dziecko, przy ciągnących się procedurach i piętrzących problemach najważniejsze jest to, żeby nie zwariować. Żeby nie uczynić z tej walki jedynego sensu życia. Oj, to jest bardzo trudne zadanie. Ja próbuję sobie zorganizować jakieś zajęcia. W kwietniu uczyłam się do egzaminów, co skutecznie przestawiło mnie na inne tory myślenia. W lipcu przygarnęłam dwa rude kotki, które są najmilszym czasoumilaczem. Ostatnio próbuję rysować mangę i anime z audiobookiem Wiedźmina na słuchawkach. A kiedy nie mam już na nic siły, to Netflix i Hbo Go są zawsze dobrą opcją. Przypominam sobie stare odcinki Silicon Valley oraz Friends, bo wykoncypowałam, że to jest czysta rozrywka i do tego bez dram. A tymczasem Netflix wylosował mi akurat epizod, w którym Monica i Chandler dowiadują się od lekarza, że nie będą w stanie razem spłodzić potomstwa. No żesz!

I last but not least – w tej trudnej podróży wsparcie bliskich osób jest najważniejsze. Nie wyobrażam sobie przechodzić przez to wszystko bez męża, który przytula, ściera łzy z policzków i ciągle wierzy, że nam się uda. Bez mamy, która mi zrobi najlepszy obiad na świecie i siostry, u której mogę ponarzekać na całe zło tego świata. Bez bliskich znajomych, którzy trzymają kciuki i próbują poprawić mi humor w najczarniejszych momentach.

Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy trzecie podejście będzie szczęśliwe. Nie wiem, co będzie, jak znowu się nie uda. Teraz mi w głowie wybrzmiała Agnieszka Chylińska ze swoim: Kiedy powiem sobie dość i aż się roześmiałam. Ale co będzie wtedy, też nie wiem.

Aktualizacja 14.10.2019

Opublikowałam ten artykuł w środę, 9 października, dzień przed moją trzecią punkcją. Potem udostępniłam go na moim fejsbukowym wallu. Nie do końca byłam przekonana, że to dobry pomysł: czułam, że się właśnie strasznie obnażam. Uczucie było silne do tego stopnia, że w nocy śniło mi się, że do netu wyciekły moje seks taśmy. Nie, nie ma takowych :D. A potem zaczęłam dostawać komentarze i wiadomości.

Dostałam wiadomości od znajomych i nieznajomych. Kotki w pudełku i trudne historie z życia. I przekaz, że to miało sens i nie wolno się zamykać w swoim bólu. Dziękuję wszystkim, którzy do mnie napisali, dali lajka pod moim postem, udostępnili. Czytałam wiadomości leżąc już na łóżku w klinice i po wybudzeniu ze znieczulenia. Oczka mi się szkliły ze wzruszenia, popłynęło sporo łez. Dzisiaj jestem trochę spokojniejsza, czekam cierpliwie na to, co mi się jeszcze zwali na głowę :)

Z dobrych wiadomości: moje wysiłki przyniosły wymierny efekt. W trzecim protokole pobrano mi najwięcej komórek. Z dziewięciu, osiem było dojrzałych i pięć się poprawnie zapłodniło. Pierwszy raz podeszłam do transferu mając psychiczny komfort posiadania backupu :) To jeszcze o niczym nie przesądza, ale i tak jestem zadowolona z faktu, że moja dieta i przyjmowane garściami suple nie poszły na marne.

Trzecia procedura to zarazem pierwsza z protokołem immunologicznym. W piątek, 11 października, leżałam siedem godzin z kroplówką. Dożylny wlew z intralipidu (200 ml) ma za zadanie “zmniejszyć moją odpowiedź immunologiczną” – czyli, żeby mój organizm nie był taki nadgorliwy w stosunku do podanego embriona. Dzisiaj zaczęłam także zastrzyki z accofilu, co może pozwoli oszukać trochę moje geny. Zobaczymy, na ten moment jestem umiarkowaną optymistką :)

Aktualizacja 28.10.2019

W sobotę 12 października miałam transfer dwóch dwudobowych zarodków. Pozostałe trzy zostały w hodowli. W poniedziałek dzwoniła pani embriolog z informacją, że najładniejszy zarodek z tej trójki został zamrożony w trzeciej dobie, a pozostałym dwóm dają jeszcze czas i będą obserwować. W środę dostałam telefon, że niestety te dwa nie przekształciły się do stadium blastocysty. Zostaliśmy zatem tylko z jedną śnieżynką, ale dobre i to.

Począwszy od poniedziałku po transferze zaczęłam odczuwać lekkie bóle podbrzusza i kręgosłupa, które z przerwami, mniejszą lub większą intensywnością towarzyszą mi do dzisiaj. Bardzo chciałam wierzyć, że to są bóle implantacyjne, że “coś” się tam w środku dzieje. Na pewno było inaczej niż przy dwóch pierwszych podejściach, kiedy to zupełnie nic nie czułam. Po zastrzykach z accofilu występują objawy zespołu rzekomogrypowego, bolały mnie mięśnie (głównie nogi i pośladki) – jakbym odbyła jakiś intensywny trening. W pierwszych dobach po transferze bardzo źle spałam w nocy, a jestem typowym kotkiem-śpiochem. Może to nerwy, może pełnia, a może coś się w środku zmieniło. W krótkim czasie zaliczyłam też dwie migreny – co mi się nie zdarzało w ostatnich latach. To tyle z objawów.

Immunolog kazał mi zrobić tzw. wczesne bety, które pełnią funkcje diagnostyczne – żeby było wiadomo, czy w ogóle dochodzi do jakiejś próby implantacji. Kliniki standardowo robią badanie hormonu beta HCG (to ten, który wskazuje na ciążę) dwa tygodnie po transferze. Poszłam na bety 7. i 10. dnia po transferze. A potem 14. dnia i dzisiaj – 17. dnia. Pierwszy rezultat był na poziomie 3.1. Adnotacja pod wynikiem 0 – 3.1: brak ciąży. 3.1 to i tak mój najwyższy historyczny wynik, ale spanikowana napisałam do mojej pani doktor. Odpisała, żeby się nie przejmować, bo to jeszcze za wcześnie. 3.1 to i tak więcej niż 0, to znak, że coś się zaczyna dziać, wstąpiła w nas nadzieja. W pierwszych tygodniach ciąży poziom hormonu powinien się podwajać, średnio co 24 – 48 godzin. Wytrzymałam jakoś weekend przed zrobieniem kolejnego badania – poziom 9.6. Oboje się popłakaliśmy nad wynikiem, bo to już dawało prawo do stwierdzenia: jestem w ciąży. A potem zrobiłam coś głupiego: postanowiłam przetestować stare testy ciążowe, które dostałam w gratisie do pasków owulacyjnych zakupionych jakieś 5 lat temu – kiedy jeszcze bawiłam się w kalendarzyk. Tak bardzo chciałam zobaczyć w końcu te upragnione dwie kreski. Testy ciążowe, tzw. sikacze, także działają na zasadzie wykrywania poziomu bety HCG. Im większe stężenie hormonu w moczu, tym kreska powinna być ciemniejsza. Dzień po drugim teście z krwi, mój pasek pokazał Big Fat Negative. Niestety za dużo wiem, żeby się nie przejmować. A co jeśli właśnie mam ciążę biochemiczną? Przecież stężenie hormonu powinno być większe niż wczoraj – czemu test jest negatywny? Czekanie na kolejną betę z krwi to było znowu emocjonalnie ciężkie doświadczenie. Wzięłam sobie dwa tygodnie L4 po transferze – żeby odpocząć, leżeć, nie stresować się pracą. Ale kompletnie nie umiałam w tym czasie zająć się niczym twórczym, nie miałam siły na nic oprócz czytania książek i oglądania netflixa. Mąż mnie zabrał dwa razy do kina i kolację – żebym całkiem nie zwariowała :) Przez ten czas wyglądałam tak:

czekając na betę…

Beta wykonana w piątek, 14 dni po transferze, wyniosła 45. Znowu ulga, znowu łzy szczęścia, znowu zapragnęłam mieć pamiątkę w postaci dwóch kresek. Test pokazał bardzo jaśniutką drugą linię, taki różowy cień, ale była! W niedzielę znowu mnie licho podkusiło, żeby sprawdzić czy pociemniało. Przy wartości około 100, jak to sobie oszacowałam, linia powinna już być bardzo wyraźna. A tu chuj, cień bledszy niż przedwczoraj. Uroczyście przyrzekam, że nie nasikam więcej na żaden test ciążowy, za dużo nerwów mnie kosztuje rozkmina intensywności koloru drugiego paska. Cały dzień znowu zepsuty. Starczyło mi sił na krótki spacer i przeczytanie książki: Marcin Marcisz, Taśmy rodzinne. Polecam, BTW. Dzisiaj zrobiłam kolejny test. Mamy 17. dzień po transferze i cudowne 123.2.

Nie umiem się oswoić z myślą, że oficjalnie jestem w ciąży. Tak bardzo boję się, że coś się może jeszcze po drodze spierdolić. Znam statystyki, wiem, że pierwszy trymestr jest najtrudniejszy, że dopóki nie usłyszę bicia serca małej Agatki na pierwszym USG – to nic nie jest pewne. Ale z drugiej strony – może to wreszcie jest mój czas, może świat uznał, że już wystarczająco się nacierpiałam i teraz wszystko będzie dobrze. Przy trzecim in vitro wszystko się tak dobrze układało: od pomarańczowego wschodu słońca w dzień punkcji, przez wymarzoną playlistę, która leciała w klinice po tym, jak odpoczywałam po zabiegu, po wszystko co nastąpiło później. Czułam, że jest inaczej, że mamy większe szanse, że coś się dzieje. Wszyscy ludzie dookoła mówili mi, że trzymają kciuki: moja cudowna pani doktor, pielęgniarki, przemiła pani embriolog, nawet dzisiaj pani w laboratorium podczas pobierania krwi. Oczy mi się szklą nieustannie, ciągle nie umiem uwierzyć, ale jestem najszczęśliwsza.

Jestem dzisiaj z siebie cholernie dumna. To jest najtrudniejsze, czego w życiu dokonałam. Znalazłam w sobie siłę i determinację, wywalczyłam sobie to szczęście. Wiem, że będę jeszcze sto razy panikować, zamartwiać się, wylewać łzy i umierać ze strachu przed każdą kolejną betą. Ale dzisiaj czuję się silna i szczęśliwa :)

Aktualizacja 10.11.2019

A miało być dobrze ;(

W czwartek, 7 listopada, zrobiłam kolejne badanie beta HCG – dzień przed umówioną wizytą w klinice. Byliśmy pewni z Przemkiem, że idzie wszystko w dobrą stronę. Miałam cały czas bóle brzucha, które wg diagnozy internetowej oznaczały implantację. Byłam na tyle pewna wyniku, że odczytałam go w pracy – poprzednim razem czekaliśmy zawsze na powrót do domu, żebym mogła płakać w zaciszu domowych ścian. Poszłam do pustego pokoju w biurze, kliknęłam w link do wyniku na swoim telefonie i… serce pękło mi na milion kawałków. Cztery tygodnie po zapłodnieniu beta wyniosła 7.1, na tym etapie powinno być w okolicach 2000. Diagnoza: ciąża biochemiczna. Dzieje się tak wtedy, kiedy zarodek ulega unicestwieniu na bardzo wczesnym etapie, jeszcze zanim cokolwiek można zobaczyć na USG. W noc poprzedzającą zrobienie testu śniło mi się, że beta spadła – moja podświadomość najwyraźniej wiedziała o tym wcześniej.

Płakałam w pracy tak, że brakło mi tchu. Nawet się nie zastanawiałam, czy ktoś mnie usłyszy, nic nie miało już w tej chwili znaczenia. Płakałam w samochodzie w drodze do domu. Płakałam po przyjściu do domu. Płakałam na drugi dzień w klinice. Łzy kapały na posadzkę w korytarzu, gdzie dwa tygodnie wcześniej byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie. Dzisiaj też płakałam. Daję sobie do tego prawo, muszę przeżyć swoją żałobę. Nie będę udawała, że wszystko jest OK.

Nie rozumiem dlaczego tak się stało. Przecież miało być inaczej, byliśmy najlepiej przygotowani, zrobiłam wszystko, żeby zwiększyć nasze szanse, trzymałam się restrykcyjnie każdego zalecenia. Wierzyłam, że trzecie podejście będzie dla nas szczęśliwe, że w końcu coś drgnęło, że mój immunologiczny problem został w pełni rozpracowany i dzięki odpowiedniej terapii będziemy się cieszyć swoim szczęściem. Najgorsze jest to, że nie ma odpowiedzi na pytanie: dlaczego się nie udało. Nasze dwa piękne zarodki mogły mieć wadę, która spowodowała, że dalszy rozwój nie był możliwy. A może były perfekcyjnie zdrowe, ale moje ciało znowu sobie nie poradziło z ochroną kiełkującego życia. Nie wiadomo. Nasza pani doktor powiedziała, że to i tak jest krok milowy, bo wreszcie coś drgnęło. Pierwszy raz w życiu byłam w ciąży. Nie wiem czy jestem w stanie teraz o tym myśleć w kategoriach sukcesu, utrata ciąży po czterech tygodniach boli mnie dużo bardziej niż negatywny wynik bety na samym początku. Teraz jest szczególnie trudny okres, zbliżają się Święta i Sylwester. Rok temu o tej porze płakałam po pierwszym nieudanym in vitro, dwa tygodnie temu wyobrażałam sobie, że w tym roku pierwszy raz od dawna będziemy świętować nadejście Nowego Roku szczęśliwi, pełni nadziei i planów na 2020, kiedy to powitamy na świecie małą Agatkę. Nie wiem jak przetrwam ten okres, nie wiem jak sobie z tym radzić, nie wiem jak mam myśleć pozytywnie i wierzyć, że uda się następnym razem. Czuję ból w środku na każdą kolejną wiadomość o czyjeś ciąży, bo to za każdym razem przypomina mi, że ze mną jest “coś nie tak”. Reklamy kontekstowe na facebooku ciągle proponują mi ciuchy ciążowe i akcesoria dla noworodków. Wszystko tak bardzo boli.

Narysowałam ten obrazek kilka tygodni przed rozpoczęciem trzeciej procedury. Dzisiaj też się tak czuję.

Przed następnym transferem musimy coś zmienić, desperacko potrzebuję znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego. Udało mi się jakimś cudem umówić wizytę na 12 listopada do doktora Paśnika, legendy immunologii w Polsce. Fakt ten należy istotnie rozpatrywać w kategorii małego cudu, bo dostępne terminy rozchodzą się w okamgnieniu, a facet leczy immunologiczne pół Polski. Może spojrzy na nasze wyniki, dostrzeże coś, czego inni nie widzieli, zleci dodatkowe badania, zaproponuje modyfikacje w postępowaniu immunosupresyjnym. To w tej chwili nasza ostatnia nadzieja.

Co dalej? Mamy jedną, jedyną Śnieżynkę, która czeka na swoją kolej. Chcę odczekać parę miesięcy, bo nie jestem gotowa podejść od razu do kolejnej próby. Musimy sobie znaleźć psychoterapeutę, który pomoże to wszystko poukładać w głowie. Musimy wyjechać na urlop gdzieś do ciepłych krajów, żeby nabrać dystansu. Ja muszę znowu uwierzyć, że mamy szansę. Najlepszy Mąż na Świecie nieustannie podtrzymuje mnie na duchu, wierzy, że nam się uda. Trzymajcie za nas kciuki.

Aktualizacja 26.01.2020

W zaleceniach od doktora Paśnika jest istotnie postępowanie immunosupresyjne w cyklu poprzedzającym transfer. Chodzi o to, żeby całkowicie wyłączyć mój system odpornościowy: będą stosowane leki jak u pacjentach po przeszczepach. Jeżu drogi, żebym ja była taka mocna psychicznie jak jestem na poziomie komórek nk :).

Od listopada, od momentu utraty ciąży, czułam się psychicznie bardzo źle. To były ciemne dni wypełnione pustką, żalem, wkurwem i kompletną niemocą. I płaczem. Rozpoczęliśmy z mężem terapię w gabinecie psychologa. Wydaje mi się, że znajomość pewnych mechanizmów obojgu nam pomoże zrozumieć, co się z nami działo. Że to się przełoży na bardziej świadomą i uważną obserwację własnych zachowań. Ciężko mi mówić w gabinecie o tych wszystkich trudnych tematach, głos się łamie, łzy lecą ciurkiem po policzku. Kiedyś mi się wydawało, że jestem silna i sama sobie ze wszystkim najlepiej poradzę. No jednak nie.

Na okres świąteczno-noworoczny zarządziłam ucieczkę. Trzy tygodnie w Azji były bardzo intensywne, nie miałam czasu się nad sobą użalać. Ale i tak w Sylwestra płakałam, a po powrocie do domu wszystkie problemy, które poupychałam w szafie, spadły mi z hukiem na głowę.

Od jakiegoś tygodnia czuję poprawę w samopoczuciu: chce mi się robić rzeczy. Powoli wyłażę z kokonu apatii, który mnie szczelnie otulał od listopada. Zmontowałam film z lipcowego urlopu na Wyspach Owczych, napisałam nowy artykuł na blogu, powróciłam do lekkiej aktywności fizycznej. Nie wiem czy to czas uleczył rany, czy pomogły mi pierogi, które ostatnio często spożywam ;), czy to chwilowe czy na dłużej. Na pewno nie jestem jeszcze gotowa do podjęcia kolejnej próby, wizja kolejnej porażki wciąż za bardzo mnie przeraża.

Aktualizacja 17.05.2020

I mamy maj. W roku, którego nie ma: Covid-19, kwarantanna i rzeczywistość wywrócona na lewą stronę. Paradoksalnie czuję się teraz najlepiej od ostatnich 10 miesięcy. Mam komfort pracy zdalnej, więc nie muszę się narażać. Wysypiam się, zaczęłam się więcej ruszać, staram się pilnować diety. Zakończyłam także terapię, pani psycholog powiedziała, że jest ze mnie dumna i już jej nie potrzebuję. Czas też uleczył rany. Nie czuję już takiego obezwładniającego bólu, mogę mówić o tym wszystkim bez łez, czuję się psychicznie dużo lepiej. Kliniki się powoli odmrażają, więc chciałabym wkrótce podjąć kolejną próbą z moją ostatnią śnieżynką. Tym razem będzie wdrożona immunosupresja zgodnie z zaleceniami doktora Paśnika. Staram się podejść racjonalnie do tematu, nie nastawiać się ani na sukces ani na porażkę. Jestem bogatsza o te wszystkie negatywne doświadczenia, więc wierzę, że w razie niepowodzenia będzie mi łatwiej się z tym wszystkim pogodzić. Nie zamierzam jeszcze składać broni, zobaczymy co przyniesie przyszłość.

Aktualizacja 19.07.2020

Brałam przez dwa tygodnie tabletki obniżające moją odporność (immunosupresja), zrobiłam scratching endometrium, podano mi domaciczny wlew z accofilu oraz kroplówkę z intralipidu. Po transferze robiłam sobie codziennie dwa zastrzyki w brzuch. Nietypowo jak na mnie brzuch szybko pokrył się całą gamą kolorów z uzyskanych w ten sposób siniaków. Wszystko na nic. Beta zmierzona 11. dnia po transferze była bliska zeru. Przez 3 dni żyliśmy jeszcze nadzieją, bo w 9. dniu badanie krwi wykazało betę na poziomie 1.5. Miałam bóle brzucha, łudziłam się cały czas, że to bóle implantacyjne, ale to znowu mój organizm sobie ze mnie zakpił. Znowu zostaliśmy z niczym. Trzecia procedura in vitro oficjalnie zakończona niepowodzeniem. Czwarty transfer oficjalnie zakończony niepowodzeniem. To był piąty zarodek, który we mnie umarł.

Przed tym transferem powiedziałam Przemkowi, że obawiam się, że tym razem skończy się jak przy dwóch pierwszych razach: beta będzie bliska zeru. Powiedziałam też, że jeśli ma się nie udać, to wolę, żeby się nie udało od razu, nie chcę przeżywać ponownie piekła poronienia. I niby byłam na to wszystko przygotowana, ale myśli przecież zawsze uciekają gdzieś w sferę marzeń, może się uda, może tym razem, może w końcu coś zaskoczy. Nie udało się. Jest mi smutno, jestem zła, ale zniosłam tę porażkę zaskakująco dobrze. Może człowiek z każdym kolejnym razem się uodparnia, może przebyta terapia mi pomogła, a najpewniej jedno i drugie. Myśląc nad wynikiem, jeszcze zanim zrobiłam test, zastanawiałam się jak zareaguję. Jeśli się nie uda, będę smutna – to wiadomo. Ale przeraziłam się też kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że boję się wyniku pozytywnego. Mając w pamięci ten straszny okres po utracie ciąży, bałam się, że sytuacja się powtórzy: że będzie mi towarzyszyć stały paraliżujący lęk od jednego testu do drugiego. I wiecie, to jest najpaskudniejsze w walce z niepłodnością: zawsze zakłada się najczarniejszy scenariusz. Zazdroszczę parom, które cieszą się widząc dwie kreski na teście ciążowym, na zasadzie: ojej, będziemy mieli dziecko. Ja bym się tylko zastanawiała nad tym, kiedy coś się spierdoli. To jest straszne smutne, że nawet jeśli kiedyś ta upragniona ciąża nadejdzie, będzie mi towarzyszył nieustanny strach.

Jestem gotowa poddać się kolejnej procedurze in vitro, chcę spróbować jeszcze raz, być może po raz ostatni. Chcę mieć pewność, że zrobiłam wszystko. Tym razem jestem jednak w pełni zdecydowana na zmianę kliniki leczenia niepłodności. Znajdę najlepszego lekarza od beznadziejnych przypadków :), bo jednak ciągle wierzę, że mamy szansę.

PS. Jeśli nie chcesz przegapić moich następnych wpisów, zasubskrybuj bloga, o tutaj. Każdy mój nowy artykuł trafi także do Twojej skrzynki. Nie spamuję :)