Teraźniejszość to jedyne co istnieje

Przemyślenia na temat miejsc, w których byłam i ludzi których spotkałam… Tekst napisałam na konkurs magazynu “Wysokie Obcasy Extra”.

25 0

Moją najważniejszą podróż życia odbywam co roku od kilku lat…

Pięć lat temu wybraliśmy się ze znajomymi podziwiać piękno norweskich fiordów. Z samochodem wypakowanym po dach jedzeniem i sprzętem turystycznym pokonaliśmy trasę z południowej Polski aż po Trondheim. Piękno przyrody, surowy klimat i nocne smażenie krewetek na patelni w lesie. Rok później był pierwszy zachwyt Ameryką: ogromna ekscytacja Nowym Jorkiem, wędrówki po zapierających dech Parkach Narodowych i przegrane pieniądze w Las Vegas. Wyprawa na południową półkulę to spełnienie marzeń o zobaczeniu koali leniwie zwisających z gałęzi. Wietnam i Kambodża to znowu inny świat dusznych miast, przepięknej architektury i nowych smaków. 2017 to Alaska, gdzie większość widoków można otagować #wow, i podglądanie lwów z bliska w Tanzańskich Parkach Narodowych.

Alaska

Jestem introwertykiem, nie lgnę do ludzi i źle się czuję w tłumie obcych osób. Brak mi pewności siebie. Ostatnio furorę robi określenie wyjść ze strefy komfortu. Każda z tych podróży to trochę taki mój “coming out”. Trzeba zapukać do drzwi obcego człowieka i zapytać, czy nie będzie miał nic przeciwko, jak rozbijemy namiot niedaleko jego ogródka. Wykonać telefon na drugi koniec świata, żeby zmienić rezerwację lotu. Zapytać współpasażera, czy byłby skłonny na zamianę miejsc w samolocie. Wykłócić się o swoje z nieuczciwym właścicielem hotelu. Może dla niektórych to drobnostki, ale ja każde takie zadanie traktuję jak swoje małe zwycięstwo.

Podróże nauczyły mnie też bycia “tu i teraz”. Jeśli jest możliwość wspinaczki po pionowej ścianie lodowca na Alasce, to spróbuję. W rezerwacie na Filipinach głaskałam wielkiego węża, w Kambodży kosztowałam larw i insektów. Pojechałam na skuterze zobaczyć jak rośnie pieprz. Zawsze próbuję doświadczać jak najwięcej i skupiać się na tym, co jest teraz. Teraźniejszość to jedyne co istnieje.

Podróże to także ludzie. Amerykanie ze swoją otwartością i wiecznym hi, how are you? have a great day!, które mnie totalnie peszą na samym początku. No bo jak można być tak miłym w stosunku do obcego człowieka? Jak można wykrzyczeć z przeciwnej strony ulicy: fajne rajstopy!, albo rany, gdzie kupiłaś te buty? To takie zdania rzucone w eter, które niewiele kosztują, a które wywołują od razu uśmiech, podnoszą słupek dobrego samopoczucia w górę. Dzieciaki w Wietnamie są bardzo ciekawe cudzoziemców. Machają, zagadują po angielsku. Dziewczynki rozkosznie się wstydzą – jedna wypycha drugą do przodu, kiedy próbuję nawiązać kontakt przez płot szkoły, obok której przypadkowo się znalazłam. Oprócz tych przygodnych kontaktów są też właściciele domów, w których wynajmujemy pokoje, przewodnicy, jest para Duńczyków spotkana w przedziale pociągu z Lao Cai, małżeństwo Niemców z którymi jemy kolację w Delcie Mekongu i przemiła dziewczyna z Meksyku, która towarzyszy nam w trekkingu po górach w Sa Pa. Każda z tych osób dzieli się jakąś ciekawą anegdotą ze swojego życia. Często słucham tych opowieści z mieszanką niedowierzania i podziwu. To wszystko gdzieś zostaje we mnie, po czasie wracam do tych historii, które stanowią jakiś punkt wyjścia do rozważań, na temat tego co mam, gdzie jestem i co mogę. Może przerodzą się nawet w impuls do działania…

Anchorage Museum

To, czego muszę się jeszcze nauczyć, to większa otwartość na ludzi. Ciągle mam spore opory przed zainicjowaniem rozmowy, zadaniem pytania czy poproszeniem o możliwość wykonania zdjęcia. Chociaż jest już lepiej niż kiedyś, ostatnie pięć lat sporo mnie nauczyło :)

PS. Wyróżnione zdjęcie zrobiłam w muzeum w Anchorage, na specjalnej wystawie “Slow”. Miała zachęcić do kontemplacji teraźniejszości i zwolnienia tempa. Na wielkim ekranie wyświetlany jest między innymi kilkugodzinny zapis trasy pociągu :)