21 Sty

Teraźniejszość to jedyne co istnieje

Przemyślenia na temat miejsc, w których byłam i ludzi których spotkałam… Tekst napisałam na konkurs magazynu „Wysokie Obcasy Extra”, tematem była „Moja najważniejsza podróż”.

Moją najważniejszą podróż życia odbywam co roku od kilku lat…

Pięć lat temu wybraliśmy się ze znajomymi podziwiać piękno norweskich fiordów. Z samochodem wypakowanym po dach jedzeniem i sprzętem turystycznym pokonaliśmy trasę z południowej Polski aż po Trondheim. Piękno przyrody, surowy klimat i nocne smażenie krewetek na patelni w lesie. Rok później był pierwszy zachwyt Ameryką: ogromna ekscytacja Nowym Jorkiem, wędrówki po zapierających dech Parkach Narodowych i przegrane pieniądze w Las Vegas. Wyprawa na południową półkulę to spełnienie marzeń o zobaczeniu koali leniwie zwisających z gałęzi. Wietnam i Kambodża to znowu inny świat dusznych miast, przepięknej architektury i nowych smaków. 2017 to Alaska, gdzie większość widoków można otagować #wow, i podglądanie lwów z bliska w Tanzańskich Parkach Narodowych.

Alaska

Jestem introwertykiem, nie lgnę do ludzi i źle się czuję w tłumie obcych osób. Brak mi pewności siebie. Ostatnio furorę robi określenie wyjść ze strefy komfortu. Każda z tych podróży to trochę taki mój „coming out”. Trzeba zapukać do drzwi obcego człowieka i zapytać, czy nie będzie miał nic przeciwko, jak rozbijemy namiot niedaleko jego ogródka. Wykonać telefon na drugi koniec świata, żeby zmienić rezerwację lotu. Zapytać współpasażera, czy byłby skłonny na zamianę miejsc w samolocie. Wykłócić się o swoje z nieuczciwym właścicielem hotelu. Może dla niektórych to drobnostki, ale ja każde takie zadanie traktuję jak swoje małe zwycięstwo.

Podróże nauczyły mnie też bycia „tu i teraz”. Jeśli jest możliwość wspinaczki po pionowej ścianie lodowca na Alasce, to spróbuję. W rezerwacie na Filipinach głaskałam wielkiego węża, w Kambodży kosztowałam larw i insektów. Pojechałam na skuterze zobaczyć jak rośnie pieprz. Zawsze próbuję doświadczać jak najwięcej i skupiać się na tym, co jest teraz. Teraźniejszość to jedyne co istnieje.

Podróże to także ludzie. Amerykanie ze swoją otwartością i wiecznym hi, how are you? have a great day!, które mnie totalnie peszą na samym początku. No bo jak można być tak miłym w stosunku do obcego człowieka? Jak można wykrzyczeć z przeciwnej strony ulicy: fajne rajstopy!, albo rany, gdzie kupiłaś te buty? To takie zdania rzucone w eter, które niewiele kosztują, a które wywołują od razu uśmiech, podnoszą słupek dobrego samopoczucia w górę. Dzieciaki w Wietnamie są bardzo ciekawe cudzoziemców. Machają, zagadują po angielsku. Dziewczynki rozkosznie się wstydzą – jedna wypycha drugą do przodu, kiedy próbuję nawiązać kontakt przez płot szkoły, obok której przypadkowo się znalazłam. Oprócz tych przygodnych kontaktów są też właściciele domów, w których wynajmujemy pokoje, przewodnicy, jest para Duńczyków spotkana w przedziale pociągu z Lao Cai, małżeństwo Niemców z którymi jemy kolację w Delcie Mekongu i przemiła dziewczyna z Meksyku, która towarzyszy nam w trekkingu po górach w Sa Pa. Każda z tych osób dzieli się jakąś ciekawą anegdotą ze swojego życia. Często słucham tych opowieści z mieszanką niedowierzania i podziwu. To wszystko gdzieś zostaje we mnie, po czasie wracam do tych historii, które stanowią jakiś punkt wyjścia do rozważań, na temat tego co mam, gdzie jestem i co mogę. Może przerodzą się nawet w impuls do działania…

Anchorage Museum

To, czego muszę się jeszcze nauczyć, to większa otwartość na ludzi. Ciągle mam spore opory przed zainicjowaniem rozmowy, zadaniem pytania czy poproszeniem o możliwość wykonania zdjęcia. Chociaż jest już lepiej niż kiedyś, ostatnie pięć lat sporo mnie nauczyło :)

PS. Wyróżnione zdjęcie zrobiłam w muzeum w Anchorage, na specjalnej wystawie „Slow”. Miała zachęcić do kontemplacji teraźniejszości i zwolnienia tempa. Na wielkim ekranie wyświetlany jest między innymi kilkugodzinny zapis trasy pociągu :)