28 Gru

Good morning Vietnam!

Jakieś trzy tygodnie przed planowaną podróżą po Azji kupiłam przewodnik Lonely Planet po Wietnamie. I zaraz na początku znalazło się zdanie:

upewnij się, że Twój paszport jest ważny co najmniej przez pół roku od planowanej daty opuszczenia Wietnamu.

Oops. Jedno z nas nie spełnia tego formalnego wymogu. Bilety są kupione, promesa wizowa załatwiona, nie ma sensu kombinować na szybko z załatwianiem nowego paszportu. Machnęliśmy tylko ręką i zapomniałam o całej sprawie do momentu, kiedy na lotnisku w Berlinie któraś z pań sprawdzających dokumenty upewniała się u koleżanki co do minimalnej ważności paszportu przy wjeździe do Tajlandii. Zasiało to lekkie uczucie niepokoju: czy w Wietnamie się uda i czy nikt się nie przyczepi. Tyle tygodni planowania i cały misterny plan w pizdu.. A zatem kupiliśmy dużo fiutkowych amuletów na szczęście i dzisiaj liczymy na to, że spełnią pokładane w nich nadzieje ;). Jeszcze wczoraj okazało się, że w samolocie została teczka z wszystkimi papierami. Nie wiem jak to się mogło stać, musiała chyba wpaść pomiędzy siedzenia, bo nie ma możliwości żebym jej nie zauważyła przy wychodzeniu… W teczce były wydrukowane wszystkie potrzebne informacje, potwierdzenia lotów, rezerwacji, promesa wizowa, wypełnione wnioski wizowe i zdjęcia. Promesę i bilet wydrukowaliśmy w hostelu w Bangkoku, ale problem zdjęć pozostawał otwarty. Wyczytaliśmy jeszcze wczoraj na necie, że jeśli ktoś miałby się przyczepić do daty ważności paszportu, to raczej będzie to linia lotnicza. W razie gdyby wizy nie przyznano, delikwent musi zostać odesłany z powrotem i to głównie linia ponosi koszty takiej operacji.
Lecimy Air Asia o 7 rano. Tej nocy zbyt długo nie spaliśmy :) Zamawiamy sobie transport samochodem na lotnisko z hostelu (400 THB) o 5:30. Podczas checkinu wstrzymuję oddech, bo pani przed przyjęciem bagaży wykonuje telefon. Pewnie to nie miało związku, ale już sobie wyobrażam najgorsze. Na szczęście oddaje nam paszporty z kartą pokładową. Dobra nasza! Zobaczymy co będzie dalej…
Na lotnisku w Hanoi ustawiła się już kolejka do punktu przyjmowania wniosków wizowych. Nasze wypełnione egzemplarze przepadły razem z teczką, więc muszę od gościa wyszarpać formularze (nie są nigdzie wyłożone). Kiedy kończymy je wypełniać, kolejki już w zasadzie nie ma. Na stanowisku obok nad ladą zawieszona jest tablica świetlna, gdzie wyświetla się skan z paszportu. Wywołana osoba podchodzi do typa, płaci 25$ za wizę i odbiera swoje dokumenty. Czekamy chwilę w niepewności, oczami wyobraźni widzę już grubego urzędniczego palucha pacającego w tą kwietniową datę ważności. I nagle jest: moje ohydne zdjęcie z paszportu na wyświetlaczu :) Podchodzimy, na hasło no photo kasują od nas dodatkowo po $2. Nikt się nie przyczepił, pomimo tego, że za plecami urzędników jest wielki napis mówiący o warunkach uzyskania wizy. Gość wyciąga jakiś mały aparacik i zza swojej lady robi nam zdjęcie z halą przylotów w tle :D A zatem: Good Morning Vietnam!

W Wietnamie każdy jest milionerem (sytuacja jak u nas przed denominacją), a na każdym banknocie jest wizerunek ukochanego wodza narodu: Ho Chi Minha. Przykładowe ceny (w tysiącach) w listopadzie 2016 (żeby dostać mniej więcej wartość w złotówkach dzielimy przez 5000):

  • kawa: 18 – 35,
  • jedzenie: 60 i wyżej (zupy, dania z ryżem i makaronem),
  • bagietka z nadzieniem z ulicy: 10 – 13,
  • lokalne piwko z kija: 5 – 9, mała puszka w sklepie: 10, piwo craftowe: 95,
  • najtańsza koszulka: 50,
  • kartka ze znaczkiem na poczcie: 20,
  • magnes: 20 – 25

Najtaniej żywić się przy małych plastikowych stoliczkach – gdzie jadają lokalsi. Ceny w restauracjach dla turystów są sporo wyższe. Co do potencjalnych problemów żołądkowych: łykaliśmy probiotyk parę dni przed wylotem, a także w trakcie pobytu. Nie chciałam sobie odmawiać świeżo mytych ziół, ani wystrzegać się lodu w napojach. I tak nie wiadomo, kiedy coś może zaszkodzić. Szło całkiem dobrze do momentu, w którym zapisaliśmy się w jednym hostelu na street food tour. Tej nocy byłam jak Felicia z Czarownic z Eastwick: wyrzygałam wszystko. Tak ze trzy razy :P Pomimo, że jedzenie obiektywnie było pyszne, do teraz na samo wspomnienie robi mi się niedobrze.

zestaw obiadowy, Wietnam

zestaw obiadowy, Wietnam

Wifi jest praktycznie w każdym lokalu i hotelu, nie ma z tym żadnego problemu. W niektórych miejscach jest nawet darmowa miejska sieć.

Z angielskim jest pewien problem, bo chociaż w miejscach turystycznych większość ludzi komunikuje się na poziomie podstawowym, to Wietnamczycy w bardzo specyficzny sposób mówią in English. A mianowicie nie wymawiają końcowych spółgłosek. I tak: ho o ko? to pytanie które nam zadadzą przy zamawianiu kawy: ma być gorąca czy mrożona? ;) Przy dłuższych wywodach rozumiałam może jakąś 1/3, głównie skupiając się na słowach kluczowych, które udało mi się poprawnie rozszyfrować. Zastanawiam się, z czego to wynika – czy ze specyfiki wietnamskiego, czy z tego, że dzieciaki uczą się od nauczycieli, którzy też mają ten problem, bo sami się uczyli od kogoś, kto też źle wymawiał ;) W większych miastach biali turyści są często zaczepiani z prośbą o możliwość pokonwersowania po angielsku, co było dość ciekawym doświadczeniem. Dzieciaki bardzo często machają do nas z głośnym Hello! co odważniejsze zapytają jeszcze What’s your name?

W listopadzie jest upalnie, ale też wilgotno, przez co trudniej znieść wysoką temperaturę. Warto sobie zabrać jakieś szybko schnące i niegnietliwe ciuchy, bo po całym dniu chodzenia nadają się tylko do prania.

Wietnamczycy hołdują zasadzie: w zdrowym ciele zdrowy duch, wcześnie rano w parkach widać ludzi wykonujących ćwiczenia fizyczne: pompki, przysiady, wymachy rękami :) Wieczorami grają w badmintona, albo odbijają nogą taką dziwną ni-to-lotkę-ni-piłeczkę. Widać, że ludzie są bliżej siebie, spędzają razem więcej czasu, czy to podczas posiłków na ulicy, czy właśnie przy grach zespołowych.

wspólne przeciąganie liny

wspólne przeciąganie liny

Panowie w parkach z kolei grywają w szachy. Wszystkie pionki są w kształcie żetonów, różnią się znaczkami wymalowanymi na wierzchu.

W Wietnamie głównym środkiem transportu są motorki. Jest ich wszędzie pełno i przechodzenie na drugą stronę jezdni jest pewnym wyzwaniem :) Chodniki nie służą pieszym, o nie. Chodniki są po to, żeby na nich parkować dwukołowce. Trzeba się zatem poruszać jezdnią wzdłuż chodnika, co też bywa trudne, bo tutaj jeżdżą z kolei czasami pod prąd :) Na jednym motorze siedzi pięcioosobowa rodzina, przewożone są psy, niemowlęta, gigantyczne paczki, wszystko da radę zmieścić. Klaksony słychać cały czas, nie służą one do tego żeby kogoś zaalarmować o potencjalnym problemie, są raczej sygnałem: jadę! A ja się tutaj zakochałam w żółtej Vespie. Cudo :)

Ciekawostka: Wietnamczycy strasznie głośno charczą :P Dość charakterystycznie pozbywają się flegmy z gardła, co zawsze wzbudza ogromną wesołość, kiedy sytuacja ma miejsce w międzynarodowym towarzystwie. A po angielsku nagadałam się tutaj więcej niż podczas wyprawy do USA i Australii razem wziętych :) Przydatny słowniczek pojęć, które warto sobie przyswoić: scam, rip off, this is not what I’ve paid for, zwłaszcza w kontekście rejsu po Zatoce Ha Long :)

Post jest częścią relacji Azja 2016.