Lip 27, 2016
93 Wyświetleń

Stany, Stany

Rok 2014 upłynął pod znakiem wielkiej wyprawy do USA. Planowanie, czekanie, przeżywanie i późniejsze katalogowanie wrażeń :) Moje poprzednie miejsce w sieci zawierało dokładny opis wyprawy, dzień po dniu. Niestety z powodów o których pisałam tutaj, nic się z tych wynurzeń nie zachowało :( Zacznę od początku, ale tym razem już mniej drobiazgowo.

Pomysł na Stany Zjednoczone zrodził się po przeczytaniu relacji z wyjazdu na forum fly4free. Zobaczyłam zdjęcia i przepadłam. W ten sam weekend zaczęliśmy przygotowywać dokumenty wizowe.

Nasza podróż zaczęła się w Nowym Jorku, gdzie spędziliśmy trzy dni. Potem polecieliśmy do Las Vegas. Wynajęliśmy auto i przez trzy tygodnie przemierzaliśmy Arizonę, Utah i Kalifornię. Decydując się na taką podróż nie wiedziałam nawet ile wspaniałości do zobaczenia będzie na nas czekać na miejscu. Na relatywnie małym terenie jest ogrom Parków Narodowych, unikatowe formacje skalne, plaże, klify, małe miasteczka i wielkie metropolie. Każdy dzień obfitował w nowe wrażenia, byłam zachwycona.

Jak się przygotować do wyjazdu

Zaczęliśmy od wyrobienia wizy turystycznej, bo jest to warunek konieczny wjazdu na teren Stanów Zjednoczonych dla obywatela polskiego. Na szczęście większość spraw związanych z załatwianiem wizy można wykonać przez internet (wypełnienie dokumentów oraz wniesienie opłaty). Na rozmowę z konsulem umówiliśmy się w Krakowie. Poszło szybko i bezproblemowo – rozmowa nie trwała nawet minuty. Cały proces uzyskiwania wizy dość zabawnie omówił Tomasz Kopyra: link.

Później rozpoczął się etap planowania i polowania na tanie bilety lotnicze. Udało nam się dostać bilety na trasie WAW-NY-WAW za 801 euro: lot Lufthansą z Warszawy z przesiadką w Dusseldorfie. Pięć miesięcy wcześniej mieliśmy więc wyznaczone dokładne ramy czasowe i od tego momentu zaczęło się powolne wypełnianie komórek w excelu z planem podróży. Zrobiliśmy rezerwację noclegów w kluczowych punktach i zarezerwowaliśmy samochód. A potem zaczęło się odliczanie :) Przygotowany plan okazał się idealny i praktycznie nie wymagał modyfikacji. Finalna wersja:

Amerykanie

Są niezwykle mili, nie jestem przyzwyczajona do częstego odpowiadania na pytania Hi, how are you?. Czasami czułam się wręcz speszona tą ich wielką wylewnością. Wdrapując się na górę Wielkiego Kanionu przysiedliśmy na chwilę, żeby coś zjeść i złapać trochę oddechu. Jadłam swoją słodką kanapkę z peanut butter i jelly i słyszę ze szlaku: enjoy your meal!.

Toalety

Amerykańskie muszle klozetowe różnią się od naszych, co może wprowadzić przy pierwszym zetknięciu w konsternację. My wiedzieliśmy, ale w pierwszym hostelu padło pytanie od innego obcokrajowca: Hey, do you know, err, maybe, err, is there everything ok with this toilet?. Chodzi o to, że muszla jest wypełniona do połowy wodą (co ma swoje zalety), a co nam jednoznacznie nasuwa myśl: cholera, kibel się zapchał. Nie zapchał się, tak tam mają. Proces spłukiwania w pierwszym etapie najpierw głośno zasysa zawartość, a w drugim uzupełnia braki :)

Pierwsze zetknięcie z publiczną toaletą przynosi kolejne niespodzianki. Większość kabin nie ma bowiem szczelnie zamykanych drzwi. Po zamknięciu się w środku zostaje szpara na tyle szeroka, że można spojrzeć w oczy osobie znajdującej się po drugiej stronie. Czemu ma to służyć, zacieśnianiu więzów międzyludzkich? Nie udało mi się ustalić. Za to znakomita większość „restroomów” ma na wyposażeniu jednorazowe nakładki na sedes – coś co u nas jest postrzegane w kategoriach luksusu… I zawsze jest papier toaletowy: Czy to wychodek na szlaku, czy ubikacja w restauracji, na dworcu, w Visistor’s Center – papier zawsze jest: mała rzecz, a cieszy :)

Walmart

Amerykańska sieć supermarketów. Walmarta znajdziemy w każdej mieścinie. Podoba mi się ogromny wybór napojów niskokalorycznych: tych z gatunku soda (cola, fanta, 7up) jak i witaminizowanych wód. Znajdziemy tam też obrane jabłka, cebulkę pokrojoną w kostkę, paczki poporcjowanych owoców i zyliard rodzajów pączków :) Na początku września półki usiane już były dyniami, kościotrupami i czarnymi krukami…

Są ciuchy, fajny wybór koszulek i bluz dla dzieciaków za niewielkie pieniądze: z minionkami, postaciami lego i superbohaterów. Ubrania marki Wrangler, które mi kojarzą się z trochę wyższą półką, tam należą do jednych z najtańszych.

Większy wybór piw i trunków znajduje się zwykle poza głównym marketem, w mniejszym sklepie umiejscowionym już za kasami. Jacka Danielsa wzięliśmy jednak z głównego pasażu, z półki nad mrożonkami :)

W Walmarcie kupiliśmy też namiot za niecałe 30 dolarów i dwie karimaty (po 7 sztuka), które zresztą zostały przez nas porzucone u kresu podróży na parkingu przed tym samym sklepem. Parę razy zdarzyło nam się nocować na parkingu pod Walmartem i muszę powiedzieć, że nigdy nie byliśmy sami ;)

Słowniczek

Angielski, wiadomo, każdy umie, ale jak przychodzi co do czego, można się lekko zestresować, więc lepiej być przygotowanym ;)

  • Regular – zwykły / normalny. Regular gas to jest zwykła benzyna, regular coffee to normalna kawa (w przeciwieństwie np. do bezkofeinowej).
  • With cream and sugar? Na to pytanie będziecie musieli odpowiedzieć przy kupnie kawy. Nie ma milk czy jakiegoś white coffee: jest cream.
  • In a meal? Tak w McDonaldsie zapytają o to, czy chcesz kupić kanapkę w zestawie.
  • Combo – to pozamcdonaldsowy sposób określenia zestawu.
  • Soda – napój gazowany (cola, fanta itp)
  • Pump – pompa (na stacji benzynowej)
  • Litter – śmieci
  • Yield – ustąp. Np yield to pedestrians oznacza, że piesi mają pierwszeństwo.
  • Ticket – to oprócz biletu także mandat
  • Thank you, I’m good – żeby dać do zrozumienia, że niczego nam nie trzeba, nie chcemy nic więcej zamawiać, ani nie potrzebujemy asysty przy zakupach :)
  • No vacancy – brak miejsc noclegowych.
Kategorie
Ameryka · Podróże