Sie 15, 2017
41 Wyświetleń

Kep: gdzie rośnie pieprz i mają najlepsze kraby.

Tak jak się wczoraj dogadaliśmy – o 10 rano wsiadamy na motorki z naszymi kierowcami i ruszamy z Hà Tiên w kierunku granicy z Kambodżą. Wszystko idzie jak z płatka. Najpierw checkout po stronie wietnamskiej. Wbijają nam pieczątki i przechodzimy dalej. Faktycznie, tak jak Brytyjczyk wczoraj obiecywał: pustki, jesteśmy praktycznie sami. Podajemy dokumenty, kasę za wizę. I zaczynają się schody :P

Chodzi o nieszczęsną upływającą datę ważności w paszporcie Przemka… W momencie przekroczenia granicy paszport powinien być ważny minimum sześć miesięcy. Z tego też powodu miałam spore obawy czy nas wpuszczą do Wietnamu. Tam nikt się nawet nie zająknął, a tutaj nagle okazuje się, że jest problem. Ciężko mi się z gościem dogadać, próbuję tłumaczyć, że nie możemy się cofnąć (mieliśmy do Wietnamu wizę single entry, która właśnie przestała nas obowiązywać). Spocony typ z wąsem zaczął krzyczeć i wskazywać paluchem na Przemka: mister, you have big problem. Trochę się zdenerwowałam tym wszystkim, może trzeba było im pomachać jakąś dwudziestodolarówką przed nosem? I tak nas orżnęli na dziesięć dolców, bo oficjalna cena wizy to 30, a nam policzyli 35 :) Ostatecznie stanęło na tym, że spisujemy odręczne oświadczenie, w którym zobowiązujemy się, że za tydzień wrócimy do Wietnamu tym samym przejściem granicznym. Typ się upiera, że nie możemy wracać granicą Kambodża-Tajlandia, że nas nie przepuszczą. Musimy wrócić tak samo: przez Wietnam, z Wietnamu wziąć samolot do Bangkoku i dopiero wrócić do domu. Nie mam najmniejszego pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi – jak na próbę wyłudzenia łapówki – jest to zbyt pomotane :) Nasz kierowca, który mówi o niebo lepiej po angielsku, też niespecjalnie rozumie dlaczego tak. Co ma być to będzie, trudno, podpisujemy. Zdaje się, że Brytyjczyk wyświadczył nam niedźwiedzią przysługę: pewnie gdyby była długa kolejka i tłumy ludzi, nie chciałoby im się odstawiać takiego przedstawienia.

Panowie z moto taxi odstawiają nas do dzisiejszej bazy w Kep: Dathika Bungalows (10$). U właściciela wypożyczamy na cały dzień skuterek (6$) i ruszamy do Sothy’s Pepper Farm. Bo miasto Kep w Kambodży to właśnie tam, gdzie pieprz rośnie :)

Kep, Sothy’s Pepper Farm

Kep, Sothy’s Pepper Farm

Farma Sothy’ego to bardzo fajne miejsce, duży nacisk kładą tutaj na ekologię i odnawialne źródła energii. Za przysłowiowy wikt i opierunek pracują tu wolontariusze z całego świata. Oprowadza nas kolega z Rosji.

I tak właśnie rośnie pieprz:

Kep, Sothy’s Pepper Farm

Okazuje się, że niedojrzały pieprz jest zielony:

Kep, Sothy’s Pepper Farm

A dojrzały czarny lub czerwony:

Kep, Sothy’s Pepper Farm

Z kolei biały pieprz to czerwony pozbawiony skórki :)

Tutaj następuje proces suszenia:

Kep, Sothy’s Pepper Farm

Kep, Sothy’s Pepper Farm

I rozdzielania kolorowych ziarenek:

Kep, Sothy’s Pepper Farm

Do skuterka leje się paliwo, które można kupić w praktycznie każdym przydrożnym straganie. Olej prezentowany jest w szklanych butelkach po coca-coli. W Kambodży nie ma potrzeby wymiany pieniędzy na lokalną walutę – wszędzie można zapłacić dolarami.

Próbujemy dotrzeć na plażę, ale okazuje się ona leżeć na końcu jakiejś wioski. I cóż. Nie jest to najczystsza plaża świata ;)

Kep

Kep

Nad głowami latają gigantyczne ważki:

Kep

Kep to urokliwa mała miejscowość. Mają tutaj rondo z koniem:

Kep

Pomnik kraba:

Kep

Białą pannę:

Kep

I takie widoczki:

Kep

Kep

Kep

Wieczorem idziemy do restauracji Kimly, słynącej z dobrych krabów. Porcja skorupiaków kosztuje 6.75$, duże piwko 2$. Ja idę w kraby, Przemek wcina rekina w sosie z zielonym pieprzem.

Trzeba się trochę namęczyć, ale smakuje wybornie:

Siedzimy na tarasie z widokiem na zachód słońca:

I w tak pięknych okolicznościach rozważamy co zrobić z naszym #kambodżafuckup. Opcja powrotu do Kep nie bardzo wchodzi w grę gdyż: trzeba wyrobić wcześniej promesę wizową do Wietnamu i nie mamy pewności że nas wpuszczą. I trzeba by nadłożyć drogi do większego miasta, z którego coś lata do Bangkoku. Rozważam przez chwilę opcję „zgubienia paszportu”, ale szybki przeklik przez wątki na necie uświadamia mi, że to gra niewarta świeczki. Ostatecznie decydujemy się zrezygnować z wizyty w stolicy Phnom Penh i spróbować, wcześniej niż początkowo planowaliśmy, zaatakować lądową granicę Kambodża-Tajlandia. W razie problemów mamy jeszcze parę dni czasu, żeby coś wykombinować z powrotem do domu.

Post jest częścią relacji Azja 2016.

Kategorie
Azja · Kambodża · Podróże