24 Sie

5 MUST DO w Siem Reap

O tarantuli na talerzu, drinkach z wiaderka i prawdziwym masażu w imprezowym miasteczku.

Siem Reap to czwarte co do wielkości miasto w Kambodży, niezwykle popularne ze względu na bliską odległość od kompleksu świątyń Angkor. Prawie każdy turysta odwiedzający państwo Khmerów ma w planach zwiedzanie Angkoru. Jest tutaj niezliczona liczba hoteli, kierowców tuktuków, punktów masażu i wszelkich innych rozrywek. Po zmroku centrum miasta zmienia się w imprezownię :)

Z Kampotu do Sieam Reap jedziemy autokarem Giant Ibis. Bilety rezerwowaliśmy online, bus podjechał pod nasz hostel. Na pokładzie gniazdko, wifi i drożdżówa. Pełna kulturka :)

Zarezerwowaliśmy sobie trzy noclegi w Kok Meng Lodge i… z całego serca nie polecam tego miejsca :P Na te parę dni chciałam coś w troszkę lepszym standardzie: z tarasem, żeby po całym dniu łażenia w upale można sobie było na spokojnie zasiąść z drinkiem wieczorem na zewnątrz. Umówiłam się mailowo z właścicielem przybytku, że odbierze nas z przystanku autobusowego. Dojechaliśmy wieczorem. Faktycznie, stoi typek z napisem Welcome Agata. Good. Ale za chwilę zaczyna przepraszać, gnie się w ukłonach, że overbooking, że niestety nie ma dla nas miejsca, ale załatwił nam jedną noc w innym hotelu, o lepszym standardzie. I że jutro kierowca po nas przyjedzie. Moja wrodzona podejrzliwość podsuwa mi już różne scenariusze, ale dajemy sobie szansę. Kierowca tuk tuka odwozi nas na miejsce. Niezwykle miła pani na recepcji prowadzi nas do pokoju, pokazuje gdzie jest basen (!) i cóż – jest to zdecydowanie najbardziej wypasiony pokój hotelowy, w jakim śpimy w Azji :)

Na drugi dzień rano kierowca odwozi nas z powrotem do pierwotnej noclegowni, oczywiście pokój jeszcze nie jest gotowy, więc zostawiamy graty i jedziemy na całodzienne zwiedzanie Angkoru. Po powrocie okazuje się, że nie dość, że nie ma tarasu – to nawet nie ma porządnego widoku z okna. Dookoła budynku mało przyjemnie, a w pokoju ciemno i brzydko. Gdyby to był pokój za dziesięć dolców, to bym machnęła ręką. A tymczasem stoję na klepisku, a miało być San Francisco… Wykłócanie się z typem trochę utrudnia fakt, że facet jest ciągle zalany: na placu dwie noce z rzędu odbywają się imprezki z jego znajomkami. Umawialiśmy się z nim na początku, że załatwi bilety na przejazd na Koh Chang w Tajlandii, ale w pewnym momencie to już nie bardzo wierzę, że jest w stanie cokolwiek zorganizować. Więc sytuacja wygląda tak, że na drugi dzień musimy się zmywać w stronę Tajlandii, ja nie wiem czy on już nam coś zabukował, bo leży narąbany w swoim kamerliku. Być może był też pod wpływem, jak zapewniał że nam zarezerwuje te bilety. Nerwy mi puszczają, bo jeszcze jego kierowca próbuje z nas zedrzeć dodatkowy szmal za drugi dzień jazdy po Angkorze. Jestem niespotykanie spokojny człowiek, więc to się zdarza u mnie dość rzadko, ale czara wkurwu się przelała ;) Solidnie go zrugałam. Ostatecznie zapłaciliśmy za dwie noce wg naszego uznania – czyli niezbyt wiele, a bilety na Koh Chang kupiliśmy w biurze obok.

Ale ten post to miał być głównie o rozrywkach ;)

Siem Reap, Pub Street

Siem Reap

Siem Reap

To mój subiektywny ranking przyjemności, które warto sobie tutaj zafundować.

5. Wiaderko drinków w Angkor What? Bar.

Bo tutaj po zmroku to się głównie pije ;) Jak się zamówi dwa takie kubełki, to dają koszulkę gratis. No nie było wyjścia ;) Hasło promujące ten wesoły bar brzmi Promoting irresponsible drinking since 1998. Przyznam, że końcówka była ciężka – jak już się lód roztopił, ciężko było tego miksa dopić ;) Siedzimy na zewnątrz, pub mieści się na Pub Street, i mam świetny widok na główną ulicę, turystów i niezmordowanych kierowców tuk tuków, oferujących swoje usługi. Ogólne spostrzeżenie z tej wyprawy mam takie, że dużo dziewczyn podróżuje solo, natomiast panowie poruszają się w stadach. Właśnie obserwuję takie wesołe stadko mocno już podchmielonych Amerykanów.

4. Pedicure

Na wyprawę pakowałam się bardzo oszczędnie: minimalny zestaw kosmetyków. Po 4 tygodniach mój lakier na paznokciach lekko już się sfatygował. Usługi upiększające mają tutaj dość tanie, więc zdecydowałam się oddać swoje stopy w ręce tutejszego specjalisty ;) Praktycznie na każdym kroku mają tutaj też fish spa – wsadza się nogi do akwarium, w którym małe rybki obskubują obumarły naskórek. Chciałam spróbować, ale ostatecznie jakoś się nie złożyło.

3. Crocodile burger

Ciężko mi powiedzieć na ile to chwyt marketingowy i ile faktycznie mięsa z krokodyla w tym kotlecie się znajduje. Ale burger był wyborny, a chętnych też nie brakowało :)

2. Masaż

Mają to tutaj bardzo tanie. Skusiliśmy się na masaż całego ciała u niewidomych, którzy mieli swój punkt zaraz przy naszym nieszczęsnym hostelu. O Jezu! Jak boli! Nie jest to miłe mizianie i niewiele ma wspólnego z relaksem. Musiałam się mocno koncentrować na tym, żeby nie wrzasnąć :)

1. Robale

Koniecznie trzeba zajrzeć do Bugs Cafe i skosztować jakiegoś robala :) Knajpka jest prowadzona przez Francuza, który o wszystkim opowie i pomoże dokonać wyboru. W całej Azji można kupić na straganach owady smażone w głębokim tłuszczu, czy skorpiony na patyku. W Bugs Cafe serwują insekty z większym rozmachem – z dbałością o szczegóły, domowymi sosami, itp. I można mieć pewność, że są świeżo ubite :) Wzięliśmy sobie „zestaw dla początkujących” m. in. z panierowaną tarantulą, larwami i ciasteczkiem z mrówkami. Jak smakuje ten wielki pająk? Trochę jak chips, trochę jak wątróbka :) Da się zjeść, ale nie jest to jakaś wielka uczta dla podniebienia, to tak w ramach ciekawostki kulinarnej.

Bugs Cafe

Bugs Cafe

Bugs Cafe

Bugs Cafe

Już poza zestawieniem: w Siem Reap jest też browar i można się napić dobrego craftowego piwka :)

Miasto żyje głównie nocą, kiedy turyści ściągają do swoich kwater z Angkoru. Jest Night Market, gdzie można kupić pamiątki, koszulki za dwa dolary i kambodżański pieprz.

Post jest częścią relacji Azja 2016.